Home>>>curriculum vitae

aktualizacja15.06.2005

=============================================

Curriculum vitae


Ziemia obiecana(przed szkole)

W roku 45 załadowali nas na lory(odkryte wagony) i powieźli z Chlebowic k/Lwowa do ziemi obiecanej, którą okazało się 7 ha kl IV i V w Radyni. Ja się urodziłem, bo nie miałem innego wyjścia i z konieczności, w zamku Stare Sioło rok wcześniej. Po prostu grasowały bandy rezunów i trzeba było uciekać, gdzie była większość polska i nasza samoobrona.

Tam się mówiło po polsku i ukraińsku, tu tak samo; przy czym, gdy w kłótni trzeba było mówić szybko i dosadnie, to przechodzono na język wschodni.

Bałakał i ja pu ukrainski, ały teper wże zabuł. Zabuł wuł, jak tyletim buł.

W Radyni (i okolicy)wiosną 45 roku toczyły się ciężkie walki pancerne. To co zapamiętałem z wczesnej dobrej pamięci, to spalone domy, szkoła i takiż obok czołg, wrak samolotu, dookoła okopy, umocnienia, mnóstwo broni, zasieki z drutu kolczastego, naboje, granaty, miny, zapalniki, pancerfausty, przestrzelone hełmy dwiema błyskawicami(czasem z czaszką i włosami w środku). Było w czym przebierać.

W pobliżu były 2 spalone i zrujnowane wsie, które nazywaliśmy Pierwsza Kolonia i Druga Kolonia, na której ugorach wypasaliśmy krowy.

W niedostępnym lesie znalazłem kiedyś kompletny szkielet w pełnym oporządzeniu wojskowym. Obok wsi na polach były 2 groby niemieckie, które potem zaorano. Jakiś czas ślad po nich był jako kępa bujniejszej pszenicy.

W sadzie u Szpaka było cmentarzysko poległych krasnoarmiejców, potem wykopali ich i powieźli na właściwy cmentarz w Koźlu. Pamiętam fetor z transportujących ciężarówek.

Przy rozminowywaniu pól zginęło 4-ch żołnierzy, dwóch podrostków doznało poważnych ran przy zabawach pirotechnicznych. Na polu kiedyś brat wyorał minę, odłożył na miedzę i dalej orał. W gruntowe drogi były wtłoczone często pociski moździerzowe, wozy na nich podskakiwały, ale jakieś felerne, bo nie wybuchały.

Kachaniak wyorał i wybronował całkiem sporą ilość granatów i amunicji. Ułożył z nich mały kopczyk.

Przebieraliśmy w nich jak w ulęgałkach.

Zabawa w wojnę w naszym wykonaniu i przy takim arsenale była bardzo realistyczna.

Potem, na studiach(w ramach szkolenia wojskowego), jeszcze się bawiliśmy się w wojsko. Ale to już nie było to, bo amunicja była ślepa.

Tak to buło. Bih me.

Mokre(pierwsza szkoła)

Do pierwszej szkoły( bo miałem ich ich 3 + 1 życia)zaprowadziła mnie mama przez górkę, las i debrę. Od drugiego dnia chodziliśmy przez następne 7 lat z Miśkiem i to już w butach. Rok rozpoczynał się od marszu pod dom kierowniczki szkoły i gdzie było radio i słuchało się przemówienia ministra Tułodzieckigo. Rozumieliśmy je jak świnie grzmoty. Zabawy noworoczne były z Dziadkiem Mrozem,

Teraz jest Mikołaj, który jest hojniejszy.

Jak przestało bić serce wielkiego wodza(Stalina), to była masówka, chwila milczenia, a wychowawczyni rzewnie płakała. Na koniec roku śpiewaliśmy „Upływa szybko życie...”, a kierowniczka tradycyjnie roniła łzy wzruszenia.

Klasy były łączone, w klasie ciepły piec kaflowy, jeden z nauczycieli ciągle wymieniał słowo „frekwencja”, ale to też były dla nas świniogrzmoty.

Obok szkoły były ruiny, kiedyś na przerwie starsi koledzy baraszkowali na pięterku, spadli ze stropem na parter i nikomu nic nie było, nikomu do głowy nie przyszło zgłaszać do prokuratury. A przecież to była katastrofa budowlana i by to można było pokazać w telewizji.

Był jeszcze płacz po Bierucie, ale więcej znaczących postaci chyba nie marło.
Straszno i smieszno jednym słowem.


Lekcja wychowania patriotycznego

W mojej szkole podstawowej, na lekcji wychowania narodowo-patriotycznego, w czasach już współczesnych sprowadzono sędziwego kombatanta, który snuje dramatyczną opowieść partyzancką:

-Kochane dzieci, jest wojna, jest rok czterdziesty trzeci

Siedzimy w okopie, chłop przy chłopie

Jemy chleb, aż tu nagle-JEB!...

-To niewinne dzieci, o Boże!.

Jak Pan tak może? - przerywa mu katechetka

- Przepraszam... no i zapomniałem, muszę zacząć od nowa:

Kochane dzieci, jest wojna, jest rok czterdziesty trzeci,

Siedzimy w okopie, chłop przy chłopie

Jemy chleb, ale zabrakło soli. A jak tu coś nie przypie.doli..

- O Chryste Panie,
niech Pan już przestanie- załamuje ręce opiekunka.

- Przepraszam. A.. o czym to ja? Aha:

Kochane dzieci, jest wojna, jest rok czterdziesty trzeci

Siedzimy w okopie, chłop przy chłopie

Jemy chleb, ale zabrakło soli..No i zapomniałem

- A jak tu coś nie przypie.doli -chórem podpowiadają dzieci.

- Aha. A taki ch.j! Poszliśmy w bój.

Rekrutacja

Do mojej 7 klasy(8 osób z niżu demograficznego) w Mokrem przyjechał profesor Fischer z miasta i opowiadał jak było przed wojną w dobrach księcia Sanguszki:

Po jego odjeździe pytaliśmy nauczycielkę o co tu chodziło w tych opowieściach. Odpowiedziała, że werbował nas ten profesor do Technikum Rolniczego w Głubczycach.

W Technikum nie mieliśmy z nim zajęć, ale jakaś okazja się nadarzyła, by to powtórzył, a myśmy to zapamiętali.

Repetitio est mater studiorum.

Prehistoria

Na początku było słowo.

O powołaniu Zasadniczej Szkoły Metalowej w Głubczycach.

Niewątpliwie przekształciła ona tę część Polski z drewnianej w metalowo-przemysłową. Tam szlify zawodowe( przy szlifierkach, imadłach, pilnikach) zdobywali mój brat i siostra, by odnosić sukcesy zawodowe. O osobistych w takich szkołach można było tylko pomarzyć pod kołdrą.

Później, w 1954 roku, w tym samym budynku utworzono znane nam dobrze Technikum Rolnicze, by kolejno zmieniać tę część kraju w rolniczą.

======================================

Egzamin wstępny(druga szkoła)

Na egzaminie wstępnym(były takie) do Państwowego Technikum Rolniczego w Głubczycach stawili się Janka, Marian i ja. Pamiętam, że na dyktandzie u prof. Makowskiej źle napisałem słowo „Francu ka”, bo przez „s”, a to chodziło o obywatelkę Francji, a nie o miłość, ani chorobę.

Niż demograficzny objawiał się tym, że 1 września w klasie nas było 5 osób, w październiku zaimportowano ze Ściany wWchodniej 20, w porywach nawet było nas 27, a skończyło maturą 22(w tym 17 dobrze).

Tarcza

W pierwszym dniu szkoły wyfasowałem tarczę z nadrukiem na czerwonym polu

PTR
102

którą dumnie nosiłem na ramieniu w swojej wsi. Byłem chłopak na 102.

Ale w mieście to już był obciach, koledzy starsi za punkt honoru mieli chodzenie bez tarcz.

Najtęższe umysły głowiły się nad sposobem błyskawicznego mocowania tarczy, szybszego niż wzrok dyra. A on też był pomysłowy, bo sprawdzał coraz nowszymi metodami czy jest przyszyta.

Dobra metoda mocowania tarczy była na zatrzaski , szpilkę, agrafkę, klej roślinny, słowo honoru.

Wychodząc ze szkoły najpierw odpinało się tarczę, potem rozglądało się czy nie czai się dyru.

Sprawdzanie było najeżone niespodziankami i niezbyt bezpieczne dla obu stron.

Potrzeba jest matką wynalazków i wtedy właśnie wynaleźliśmy, w naszej klasie, do tych celów rzep, który 10 lat później opatentowali Amerykanie.

Nasz rzep był lepszy, bo ekologiczny i nazywaliśmy go Arctium lappa


Przy kości.

Profesor Matusz ma pierwszą w życiu lekcję, na swoje nieszczęście, w naszej klasie.

Na początku sprawdza obecność i uważnie się przygląda wywoływanym. Gdy doszło do Gieni, ja półgłosem mówię: „Przy kości”. On się zapłonił i zapytał: „Kto to powiedział?”

Ze wstydem przyznaję, że nie przyznawałem aż się do dziś.

A ta wiadomość tylko dla Was, byście wiedzieli jak się przy takich okazjach zachować.

Formoza

Formoza to dawna nazwa wyspy Tajwan. Formoza w Głubczycach to żartobliwa nazwa knajpy w parku, do której szło się długim mostem jak na wyspę. Nazwy oficjalnej nie pamiętam, zapewne to była jakaś speluna.

Wtedy, w szczycie zimnej wojny, ciągle dochodziło do incydentów granicznych z Chińską Republiką Ludową. Co kilka dni był komunikat. Ostatni, jaki pamiętam, brzmiał:”Rząd ChRL wystosował czterysta pięćdziesiąte ósme poważne ostrzeżenie dla władz Formozy za naruszenie wód terytorialnych”.
Jedyny komunikat dyr Ogrodzkiego to mniej więcej tak: „Zabrania się uczniom przekraczania granic Formozy, a nawet zbliżania się”

Nigdy tam nie byłem, ale ten zakazany owoc intryguje mnie do dziś .

Tam na drugi dzień po maturze wszedł Tadek i pyta barmana czy go widział wczoraj.”Był Pan, młody człowieku, setnie się Pan bawił, szampan, dziewczyny, wszystkim Pan stawiał dryny, pięć stów Pan stracił”.

Tadziu na to:”Chwała Bogu, chwała Bogu, bo już myślałem, że tą forsę zgubiłem”


Kwestia niemiecka

Niemca w wieku młodzieńczym nie widziałem. Niemiec to był straszny hitlerowiec, esesman, faszysta. Niemiec był wtedy gorszy od Ruskiego i Żyda teraz. Kto by pomyślał, że sympatyczny kolega Bernard z Baborowa to Niemiec. I to jeszcze syn esesmana poległego pod Stalingradem.

Mnie to nie wadziło, ale ze strony kadry profesorskiej spotykał go ostracyzm.

Szczególnie na lekcjach j. polskiego i rosyjskiego. Gdyby był j. Niemiecki, to zapewne by błyszczał erudycją.

Oprócz niemieckiego znał też trochę śląske godonie. Nawet nauczyłem się od niego i potrafiłem przetłumaczyć zdanie:”Wyje pociąg w lesie”. Wiem też, że pociąg to „bana”.

Matka jego starała się o zgodę na wyjazd stały do NRF-u(Niemiecka Republika Federalna, później RFN-Richtig Fajne Niemcy), ale proponowali im NRD.

Starania te zajęły im jeszcze 2 lata, po czym wyjechali i słuch po nich zaginął na jakiś czas.

Benio zawsze lubił szybkie kobiety i piękne samochody. Nic dziwnego, że przyjechał kiedyś nowym,niemieckim BMW cabrio i postawił go na rynku Baborowa. A tu podchodzi ohma(babcia), której nie było dane wyjechać i mówi do Benka: „Synku, tu mosz cu fil druk luftu w reifenach(za duże ciśnienie powietrza w oponach)”.Ten uwzględnił uwagę i upuścił powietrza. Babcia zaciągnęła się nim, rozanieliła i powiedziała: „Ale tam mocie fajny luft, upuść kapka jeszcze z drugiego”

Stopniowanie dobry, lepszy, niemiecki jest też do luftu?.


Savoir-vivre

My, z nizin społecznych, spragnieni byliśmy, jak ozimina śniegu, wiedzy o salonowej kulturze, bo mieliśmy stanowić elitę wsi i miasteczek, np.:

Przy tym mieliśmy świadomość, że smoking dobrze leży dopiero w trzecim pokoleniu.

W programie szkolnym tego nie było, ale na szczęście był prof. Lipiński, który, na nasze natarczywe życzenia, ociosywał nas na lekcjach zoologii, zamiast mówić o różnicach pokroju glisty(Ascaris ) ludzkiej, psiej, kociej, końskiej, krowiej i ludzkiej przed pokrojeniem.

My wyszliśmy ze wsi, ale wieś wychodziła z nas z mozołem(podobnie jak słoma z butów). Co prawda byliśmy już na etapie widelca i noża, ale ogłady nigdy za dużo. W ramach ćwiczeń rozwiązywaliśmy praktyczne zadania typu:

Kto się kłania pierwszy i komu, jeśli mijają się- z jednej strony profesor z żoną i psem, a z drugiej-uczeń z dojarką naszego gospodarstwa i jej dziadkiem.

Albo czy wypada w parku obok szkoły manipulować dziewczynie przy biuście?

Dowiedziałem się też, że nie uchodzi do dziewczyny, w liście, pisać słowa „d.pa” i to jeszcze przez „o” z kreską.


Lista Szyndlera

Kto by nie chciał znaleźć się na liście prof. Szyndlera? Bo to była lista członków tanecznego zespołu folklorystycznego naszej Szkoły. I nie był to zespół typu „KGW tańczy, śpiewa, recytuje, daje d.py i gotuje”.

Akurat odniósł sukces na ogólnopolskim przeglądzie „Śpiewem i tańcem utrwalamy kulturę i władzę ludową”

Zgłosiłem się więc na przesłuchania do Profesora.

Ocena słuchu muzycznego u niego była trzystopniowa:

Ten, po sprawdzeniu moich umiejętności tanecznych, powiedział: ”Ty to raczej do chóru”. Ocenę Profesora wziąłem do sobie do serca, wstąpiłem potem do Chóru Uniwersytetu Wrocławskiego i nawet mam epizod występów z Chórem w Concertgebouw Amsterdam(1967 r). Prof Miodek to poświadczy, bo też tam był wtedy.

Czasem pytam artystów w Opolu, gdzie mieszkam:
- W Concertgebouw Amsterdam występowaszy, ha?

- Co ty, to znana sala koncertowa. No nie.

- A ja i owszem.


Potwór

Jesteśmy na praktyce w gospodarstwie szkolnym z profesorem Piątkowskim, w sadzie.

W pewnym momencie biegnie profesor, za nim traktorzysta, a za nimi skokami gruby wąż. Ale wąż gdzieś zboczył, a zasapany i wystraszony profesor komentuje, trzymając się za serce:”To jakiś potwór, jak się takie coś mogło tu zalęgnąć”

Ten makabryczny żart polegał na tym, żę chowało się szlauch z wystającym drucikiem w krzaku, mówiło się nieświadomemu, że gdzieś tu jest wąż. Potem organizator, pociągając za sobą wąża, biegł w stronę naiwnego. Dalszy ciąg już znacie.

My, uczniowie, to znaliśmy, Wy teraz też.


Zjazd

Rok'14, uroczystości 60-cio lecia Szkoły i kolejny zjazd absolwentów.

A jak było drzewiej?

19 marca 1959 o godz 10:00 pomaszerowaliśmy karnie czwórkami do domu kultury „Dziewarz” by obejrzeć pierwszy raz telewizor, a na nim III Zjazd PZPR obradujący pracowicie już od 10 marca 1959.

Telewizor był malutki, obficie śnieżył(choć dzień był słoneczny), ale przynajmniej dźwięk był.

Wcześniej cały naród czytał tezy na Zjazd, a na lekcji gramatyki koniugowaliśmy czasownik „czytałem tezy” nie jako nieprzeszły( bo należało to robić stale), ale jako stracony.

Pamiętam to jakby to było wczoraj. Jeszcze dziś można mnie obudzić nad ranem, a ja wyrecytuję wybrany wtedy skład biura politycznego partii, wybranego pośród elity intelektualnej ludowej ojczyzny(potrafili pisać i czytać ze zrozumieniem) i kolor telewizora:

Władysław Gomułka , Aleksander Zawadzki , Roman Zambrowski , Józef, Cyrankiewicz , Edward Ochab , Adam Rapacki, Stefan Jędrychowski ,Jerzy Morawski , Edward Gierek , Marian Spychalski , Zenon Kliszko, a

telewizor był czarno-biały, obraz też.

Tego się nie zapomina.


Czystki kadrowe

Po rozwiązaniu UB(Urząd Bezpieczeństwa) wielu jego funkcjonariuszy wylądowało w szkołach, bo uczyć może każdy(uczył Marcin Marcina..). U nas był np. był prof.? I. (ksywa „Ivan"), uczył geografii. Władza ludowa zrobiła go z oracza utrwalaczem władzy ludowej, a potem profesorem, po ukończeniu akademii pierwszomajowej.
Jeśli ktoś umiał mniej od niego, mówił:"Ot, durny durak krugom. Siadaj masz dźwóji"(dwója to był najgorszy stopień).
Odeszła dyr Makowska, przyszedł dyr Ogrodzki z zadaniem oczyszczenia(tej stajni Augiasza) kadry profesorskiej z niegodnych tego miana. Prof. I. gdzieś zniknął , natomiast prof. Bednarska, którą przy okazji chcieli zredukować, broniła się mocno przed wysłaniem na emeryturę: „Jestem na prawie(chodzi o poprzedniczkę Karty Nauczyciela) i będę pracować tak długo, dopóki utrzymam kredę i mocz"


Czapka Lenina

Nasz Profesor I w roku 1940 (za pierwszych Ruskich, bo drugie byli w 1944) we Lwowie był funkcjonariuszem bezpieki. A tam na posterunek NKWD(wcześniej CZEKA, później KGB) przychodzi Ziuk z Wilna i zgłasza kradzież.

- Kupiwszy ja sobi rower, znaczy si wiełosypied, jady sy ulicu i gwiżdży jak sztajer, zatrzymawszy si przed dworcym, postawiwszy rowyr pupud ściany, odróciwszy si i popatrzywszy na dzygar zobaczyć kutura gudzina je-nu była dziewjinc po dziwiontyj . Ja odwróciwszy si znowu, a tu rowera ni ma.

Ludowy Komisarz wskazuje na obraz wiszący za nim na ścianie i pyta:

-Nu Josip, a szto ty tam wigisz?- pyta jowialnie, wyraźnie zadowolony, że może sobie pogadać z Wilniukiem.

-Na obrazi Lenin stoit, wystupajet i smotrit na na czlenow Politbiura, a ruku pagraża pamieszczykam, kontrrewolucjonistam i żulikam – próbuje tłumaczyć łamaną ruszczyzną nieborak.

-Nu da, tawariszcz Lenin stoit i przemawiajet na Politbiuro - powtarza ludowy komisarz- Nu a co z drugu jewo ruku? -dopytuje pykając fajkę.

-Wo wtaroj ruce dzierżit czapku, – posłusznie opisuje Józio.

-Nu da, tawariszcz Lenin stoit i przemawiajet na Politbiuro, a w ruku dierżit szapku- tu komisarz już nie wytrzymał, wstał i ryknął na Joźka-a ty, Wilniuckij durak, w samom cientrum Lwowa wiertiszsja i wypuskajesz z ruki wiełosypied- stokrotni wartiostiowszy czem szapka!


Ivanalia

Kibel

Nam palić nie zakazano, więc wstąpiłem do kibla.

Kibel znajdował się na I piętrze szkoły i zgodnie z nazwą, służył do palenia papierosów marki Sport, MDM, Wawele, Dukaty, Żeglarze, Mewy, Mocne, Proletariackie. Wystrój był surowy, pisuarem była ściana posmarowana czarną smołą z rynsztokiem u dołu, bez lufcika, bez wentylacji. Palenie, oficjalnie zabronione, po cichu było tolerowane przez nauczycieli w tej oazie. Nikt z nadzoru tam nie wchodził, bo go od razu cofał odór wyziewów tłumu palaczy i moczu.

Stąd też atmosfera w szkole była nie zawsze przyjemna, bo drzwi kibla się nie zawsze domykały. Gdy go zamurowano, to w Głubczycach od razu pojawiło się czyste powietrze.

Kiedyś starszy kolega objaśnił mi jak rozpoznać mięczaków: „Tylko twardziele pierdzą przy laniu”.

Ja tam chodziłem tylko z konieczności, od tego czasu mam opory co do palenia(nawet w piecu), a teraz też do oddawania moczu.

Odjazd

był o godz 6 29 z Pietrowic Głubczyckich - jazda do Głubczyc czterowagonowym pociągiem parowym

Ale po kolei:

Religia

Religia wtedy w szkole, to marzenie wielebnych, ale w czasie wolnym można było pójść na parafię i tam się doszkalać. Nie do pomyślenia było też pisanie w szkole wypracowania: „Kto jest twoim idolem i uzasadnij dlaczego jest nim JPII”

Władza ludowa, chcąc być nowoczesną, oddzieliła religię od państwa na całe 45 lat. Religia, co się teraz nam nie mieści w głowach, miała być sprawą prywatną obywatela.

Witek , który katoholikiem raczej nie był, poszedł tam kiedyś(dobrowolnie rezygnując z odpoczynku) i jako wieczny niedowiarek-racjonalista, pyta księdza katechety czy to prawda, że Pan Bóg jest wszędzie, nawet u jego babci w piwnicy. Ks. dziekan potwierdza, a Witek: ”A właśnie, że nie, bo babcia nie ma piwnicy”


Już wtedy Witek został natchniony i postanowił, w poczcie czoła(rezygnując z odpoczynku) opracowywać własny Dekalog.

Zręby jego powstały w roku 1963, a potem jeszcze był pracowicie dopracowywany przez innych, by uzyskać współczesną postać:


Dekalog VITA

1. Człowiek się rodzi w trudzie i zmęczony , a żyje, aby odpoczywać (żadna praca/nauka nie hańbi, każda męczy).

2.Kochaj swoje wygodne łóżko jak siebie samego (dwie rzeczy muszą być wygodne-łóżko i buty, bo w nich się spędza całe życie) Odpoczywaj w dzień, abyś mógł spać w nocy. (łóżko, to twój najlepszy czworonożny przyjaciel).

3. Jeżeli widzisz kogoś odpoczywającego - pomóż mu(ktoś musi odpoczywać, by ktoś mógł pracować/uczyć się)

4.Odpoczywaj w dzień, bo noc może być męcząca (robota to głupota, picie to jest życie.; wielu ludzi nie robi nic-i to bez pośpiechu)

5.Praca jest męcząca, więc należy jej unikać jak ognia(jeśli praca/nauka cię urzeka, to siedź i patrz na nią godzinami).

6. Co masz zrobić jutro, zrób pojutrze- będziesz miał dodatkowe dwa dni odpoczynku (odwrotnie postępuj z piciem, by nie mieć dwudniowych przerw, a przy okazji możesz wyschnąć jak wiór; Robota/nauka poczeka, a młodość ucieka).

7. Jeżeli zrobienie czegokolwiek sprawia ci trudność, to zostaw to innym(ciężka praca i nauka może przynieść korzyści w przyszłości, a lenistwo przynosi korzyści TERAZ...) .

8.Nadmiar odpoczynku w barze nie jest śmiertelny (lepiej mieć brzuch od piwa niż garb od roboty/nauki).

9.Kiedy ogarnia cię ochota do pracy/nauki, usiądź , poczekaj - to przejdzie. (a jak nie przejdzie, to pracuj ze 100 %-owym wysiłkiem,mianowicie:12 % w poniedziałek...23% we wtorek...40 % w środę...20 % w czwartek...5 % w piątek..).

10. Praca uszlachetnia, odpoczywnictwo uszczęśliwia (wypalony papieros skraca życie o 2 godziny, flaszka wypitej gorzałki skraca życie o 4 godziny, dzień pracy/nauki skraca życie o 8 godzin)..


Stefan (Gruchała-tu podaję nazwisko, może być to istotne) normalnie okaz zdrowia, Stefanem można było łupać kamienie na drodze. Gdzie nam, cherlakom było do takiej kondycji.

Ale właśnie to on nagle zachorował bezobjawowo. My szliśmy do szkoły, a on zostawał w internacie i leżał łóżeczku. Leżał tak niezupełnie i nie sam, bo gruchał i dmuchał sobie z siostrą kierowniczki internatu przez nikogo niepokojony w godzinach. dopołudniowych(jak dwa gołąbki ). Ona przyjechała w odwiedziny na krótko, to i choroba Stefanowi szybko przeszła. Potem mówił:”Na chorobę dobrze robi zastrzyk penisyliny”, a miłość platoniczną określał pogardliwie jako od pasa w górę.

Szkoda, że nie byłem materacem, bo bym mógł być ekspertem od gruchania.

Dla odmiany Iza (Łoniewska-tu podaję nazwisko, może być to istotne) została przyłapana in flagranti . I to w internacie, w czasie nauki własnej. Nie zdziwiło to nas zbytnio, bo od dawna wiedzieliśmy, że ona różańca i w łóżku nie odmawiała.

Dla niej nie było pobłażania od ludowych egzorcystów (gdyby ci asceci dysponowali techniką dzisiejszą, to by pozakładali czujniki zbliżeniowe) i musiała się pożegnać ze szkołą.

Żegnając się nie wyglądała na zmartwioną, powiedziała tylko do koleżanki, takiej co to ni w gardło, ni w krok:”Nigdy więcej dziewicą”.

Seks, jak wiadomo, jest największym problemem ludzi starych i sług bożych. Naszym też był. Wychowania do życia w rodzinie, jako przedmiotu, nie było i każdy musiał radzić jakoś sam sobie samemu. Dużą cześć wiedzy teoretycznej zaczerpnęliśmy na Hodowli, a wiedzę praktyczną zdobywaliśmy sami przez analogię przyrodniczą. Nastręczało to wiele kłopotów, bo przełożyć terminy hodowlane( np. krycie, ruja, inseminator) na ludzkie nie było łatwo.

Tłumaczyliśmy też odwrotnie. Zootechnika winna być nam wdzięczna za przetłumaczenie przez nas na język zrozumiały dla nich takich terminów jak: miłość platoniczna, koński flirt(tykanie się pod stołem), miłość francuska, nimfomanka, pedał.

A czasem trzeba było mówić czule, bieżąco tłumacząc w jedną lub druga stronę.

W ten niespodziewany sposób opracowaliśmy wielkopomne dzieło-Wielki Słownik Zoomowy dostępny teraz 24h w internecie(adres za opłatą).

Kiedyś Iza sprzeczała się z Zosią o to czy lepszy jest krótki i gruby, czy długi i cienki. W podręczniku hodowli nie znalazły wyjaśnienia tego, więc poszły z tym do wychowawczyni. Ta wysłuchała problemu i powiedziała z błyskiem w oku:”Dzieci, to wszystko nieważne-długi, gruby , krzywy, garbaty. Najważniejsze żeby był wesolutki”

Ja byłem dojeżdżający i niestety, wiem to tylko z opowiadań.


Rio Bravo

W kinie (kiedyś były kina) „Dziewiarz” grają western „Rio Brawo”, wszyscy już byli, a my nie, bo jesteśmy na praktyce w gospodarstwie szkolnym, a mieszkamy w internacie o regule niemal zakonnej.

Internat zamykany wieczorem, ale my z pierwszego piętra hyc przez kible, okno, kratę i już w kinie. Nazad tą samą drogą, a tam dyrektor Ogrodzki pomaga delikwentom wejść. Trzech wciągnął, ja zrezygnowałem ze wspinaczki i wszedłem od frontu. „Jutro rano proszę się spakować i zameldować się z walizkami w moim gabinecie o godz 8:00”- rozkazał dyrektor.

Stawiamy się rano w pełnym rynsztunku, a on tam dyro pisze na maszynie do pisania(były takie), wykręca z maszyny pismo-cyrograf i czyta zobowiązanie do nieodpłatnego opróżnienia piwnicy internatu z węgla w związku niebezpieczną nocną wspinaczką.

To ja oświadczam ze stoickim spokojem, że przecież wszedłem przez drzwi uprzejmie otworzone przez Pana Dyrektora, na co on się zapienił i kazał wszystkim wracać do swych mam.

Stanęło w końcu na tym, że opróżniliśmy te piwnice za skromnym wynagrodzeniem i dzięki tej czarnej robocie internat ma teraz w tym miejscu kuchnię stołówki.
Patrząc na syte buzie współczesnych myślę o swym skromnym udziale.

Wychowawstwo

Wychowawczyni części żeńskiej internatu, prof. Bednarska, z matczyna troską sprawdzała zimą czy podopieczne mają ciepłe reformy. Te były bardzo niepraktyczne, łatwo się przecierały na kolanach i uwierały pod pachami, więc dziewczyny po przekroczeniu check point'u zaraz je zdejmowały. Na wszelki wypadek.

Słusznie przypuszczały, że tak będą się nam lepiej podobać i to w każdych okolicznościach.

Wtedy postanowiłem, że będę wychowawcą internatowym, ale odważne marzenia się nie spełniają.

Nie byłem potem już internacie, nawet „internacie” stanu wojennego (1981-3).

Chciałem dobrze, a wyszło jak zwykle.


Kwiaty

Na koniec roku uczniowie dziękują kadrze profesorskiej mowa własną i kwiatów. A jeśli chodzi o kwiaty, to emocje wzbudzało czy właściwy nauczyciel dostanie swoje ulubione kwiaty, a szczególnie dyrektor Ogrodzki.

A polegało to na tym, że dyrektor wracał z bukietem do domu, szedł do ogródka, porównywał ze ścięte łodygi i stwierdzał: „Nu, znowu dostałem swoje ulubione kwiaty”


Plan lekcji

Plan lekcji dla całej szkoły ułożyć bez komputera to był nie lada wyczyn.

Po jego sporządzeniu i uzgodnieniach przepisywany był tuszem kreślarskim na kilku arkuszach bristolu o formacie A0. Potem ten rozkład jazdy wieszany był na ścianie pokoju nauczycielskiego i zajmował jej połowę.

Tu opowiem historię jednego z planów.

Ułożył go pracowicie prof. Warło, potem dał do przepisania Witkowi, bo on w poprzednich szkołach zdążył liznąć trochę pisma technicznego. Wiciu robił to chętnie, długo i mozolnie, bo wtedy miał wolne od zajęć, a i jakaś dobra nota się dostała.

Przepisał, powiesił i konsternacja. Pomyłka-zamienił poniedziałek z piątkiem(tydzień lekcyjny wtedy był jeszcze sześciodniowy).

Pomyłka była na zamówienie, bo w ten sposób zleceniodawca miał dwa do kupy wolne dni i nie musiał zrywać się wczesnym rankiem w poniedziałek. A dojeżdżał trakcją parową z Rydułtowych przez Racibórz i Baborów do Głubczyc.

Poniedziałki są ciężkie nie tylko u szewców.

Bardziej ogólne wnioski to:


Furum Romanum

Romanowi chyba najbardziej doskwierał chroniczny brak gotówki. Często się skarżył, że nie ma ani grosza od rodziców i pomstował na Fenicjan za wynalezienie pieniędzy, ale tak mało. A jak wiadomość przyszła z przeznaczeniem na opłacenie internatu, to zbaczała z kursu, a zadłużenie rosło.
Ale jak była jakaś imprezka, to chętnie się przyłączał na krzywe ryło. Na pytanie czy się napije wina, czy wódki, nieodmiennie odpowiadał: „I piwa"
Czasy były siermiężne, nikt nadmiarem gotówki nie śmierdział, a chętnie byśmy zaszaleli. Co prawda nigdy się nie jest zbyt bogatym, ani zbyt pięknym, ale do takich konstatacji było nam daleko. To nas gnębiło, więc radziliśmy na Forum Romanum(na wozie,w jego pokoju, pod mostem).
Rada Romana była prosta jak konstrukcja cepa: możesz za 3 zł przeżyć dwa dni i jeszcze się zabawić wesoło. Trzeba za 3zł kupić jabcoka(jabol, perszing, siara, czar pegeeru, sikacz) i na czczo duszkiem wypić. W pierwszym dniu się wesoło bawisz i popijasz wodę, a w drugim dniu masz potężnego kaca i też jeść nie chcesz.
Teraz wcale nie jest lepiej, bo trzeba wydać, co najmniej, 5,50zł.
Roman był dowcipny, a ja przy nim, co najwyżej, doustny.
Kiedyś zadzwoniłem do niego i pytam go standardowo:
Co u Ciebie słychać?,
Na co on odpowiedział standardowo:
To zależy gdzie przyłożysz ucho, bo jak do dupy, to gówno usłyszysz.
Jako nizinny góral podkarpacki spod Sanoka znał wiele sentencji góralskich, np.
:góral z górą się spotka, ale górnikiem owszem; u marksistów są dwie prawdy-obiektywna i subiektywna, u górali trzy: świnto prowda, tyż prowda i gówno prowda; kto garścią ziemię nosi, doczeka się własnej góry, ale góralem nie będzie; góral się potknie o kretowisko, ale nie o górę; zimą w górach jest czyste powietrze, bo górale pozamykane mają okna;jest fakt, fakt autentyczny i fakt prasowy; jak jest wejście, to musi być wyjście; owiecka i zygor nie muso być nojprędse; osuszanio bagna nie uzgadnia się z zabami; jak wszyscy śpiwajo, a tylko jeden pije, to to je msza; jak mom cas to se siedze i myśle, a jak ni mom, to tyko siedze; oko za oko,ząb za ząb, ale d.pa za pieniądze; wszystkie piwa w nocy są ciemne; nie ma nic bardziej przeciętnego niż przeciętny agronom; wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija; co obchodzi konia, że się wóz przewrócił; dobrego kościół nie zepsuje, złego karczma nie naprawi; nie wiem jak baba, ale chłop musi mieć orgazm, bo by się za.ebał na śmierć; jak się nie ma tego co się pragnie, to się kradnie co popadnie; nowoczesne społeczeństwo XXI w ne będzie takie: życie i mieszkanie tylko 1-osobowe, picie tylko w 2-osoby, spanie tylko w 3-osoby, tylko granie w brydża dalej w 4-osoby; jak się boisz, że się przewrócisz, to idź na leżąco; jak nie masz szczęścia, to cegła ci spadnie na głowę nawet w kościele, nawet drewnianym; lepiej być rzeźnikiem niż Baranem; na wymianie poglądów to ja zawsze tylko tracę


Buta

Trzeba było widzieć butną minę Felka gdy paradował w swoich butach.

Te buty były wykonane przez przedwojennego mistrza szewskiego w Szczekocinach, całe ze skóry, trzypiętrowa podeszwa szyta trzema kolorami dratwy o różnym ściegu, kolor podpalany brąz, skrzypiące przy chodzie i lśniące, opalizujące, błyszczące nawet w nocą.

Wszystkie wolne chwile Felek poświęcał rytuałowi polerowania butów i doskonaleniu jego blasku. Zaczynał chwilą skupienia, potem otwierał pudełko pasty kiwi i mokrą, delikatną szmatką smarował i polerował , smarował i polerował buty. W czasie pucowania myślał i wymyślił, bo wcześnie łysiał, środek na łysienie. Jest nim środek głowy.

I było warto, bo na widok tych butów dziewczyny dostawały stawały się wilgotne, można było buta użyć jako lusterko przy goleniu, w nich można było ujrzeć nasze zazdrosne twarze, w nich odbijała się cała osobowość właściciela.

Skłońcie głowy przed Nim, spuście wzrok i popatrzcie na swoje wielkoseryjne, sztampowe chodaki.

O czasie ów!

Rękodzielnictwo

Stefan i Wojtek poróżnili się, a potem pobili. Wojtek poskarżył się starszemu bratu, już absolwentowi naszej uczelni. Ten przyszedł do internatu i zrobił manto Stefanowi . Poszedłem ze Stefanem do kierownika internatu, a ten mówi, że tamten mu nie podlega, więc mamy zgłosić to milicji obywatelskiej(była taka). W wyprawę na milicję zaangażowaliśmy jeszcze Felka, bo on był lepszym świadkiem, w przeciwieństwie do mnie, bo nie mam pamięci do twarzy(jak ginekolog) .

Tam dyżurny przyjął zgłoszenie i oświadczył o niebo lepiej wykształconym:

Ludowa Milicja Obywatelska pokaże mu, że w Polsce Ludowej nie wolno uprawiać rękodzielnictwa”

Flaki

Wakacyjna wyprawa do Warszawy w roku 1963, wstępuję do Baru "Flaczek" na Marszałkowskiej, a tam rarytas-flaki wołowe. Zapach flaków w całym pomieszczeniu, miejscowi się nimi zajadają.

A ja zrobiłem w tył zwrot, bo przecież znam zapach krowieńca.

Analogia

W pierwszej klasie szło mi średnio-nieśpieszna miejska adaptacja.

W drugiej i dalszych:

Łacina

Łaciny, w przeciwieństwie do Ogólniaka, się nie uczyliśmy, ale nazwy łacińskie roślin i zwierząt trzeba było znać. Np Secale cereale, Triticum vulgare, Sus domestica, Mimosa pudica. Ta ostatnia, to kwiat -czułek wstydliwy.

Ale żeby stosować ją na lekcji ekonomiki i organizacji gospodarstw? Też można.

Rysiek przygotował referat o wyższości rolnictwa uspołecznionego nad kułackim i odwrotnie. W dyskusji każdy mu podważał każdą tezę, a Rychu coraz bardziej się wkurzał i w końcu do Tadka krzyknął „Ty mi tu nie pie.dol”. Zapadła złowroga cisza, którą przerwał dzwonek, a dyr Ogrodzki wziął dziennik i na odchodnym powiedział:”Nu, gadacie po łacinie”

Wymienialiśmy czasem poglądy łaciną z tymi pięknoduchami z Ogólniaka. Nasza była bardziej soczysta i bardziej kwiecista.


Racja

Wychowani przez prof Krosnego na hasłach Oświecenia i wierni jego zasadom(Cogito ergo sum ), mogliśmy się uważać za racjonalistów. Wszystko poddawaliśmy racjonalnej analizie.

Na lekcji ekonomii politycznej socjalizmu klasa podzieliła się na pół w kwestii wyższości gospodarki przemysłowo rolniczej nad rolniczo-przemysłową i odwrotnie. Spór nabrzmiał tak dalece, że zgłosiliśmy ten problem do rozstrzygnięcia przez wykładowcę-dyrektora. Dyr Ogrodzki wysłuchał argumentów stron i zawyrokował: „Wy macie rację i wy macie rację”.

Zgłosiłem nielogiczność stwierdzenia, bo jedno wyklucza drugie. Na co on: „Ty też masz rację”.



Praktyka

Na praktyce po 4 klasie byłem w gospodarstwie Lenarcice, a kierownikiem był Wawrzków, absolwent pierwszego rocznika naszej szkoły, który młodszemu koledze tłumaczył co ma cechować fachowego technika rolniczego:

Tamże posłali mnie do domu księgowego, który był w tym dniu w powiecie, po klucze od biurka. Żona jego sięgnęła do pęku kluczy na gwoździu i dała mi, a ja potem kierownikowi.

A on: „A to sku.wysyn, a to ch.j jeba.y, a to k.tas, a to turkuć podjadek” a potem dołączył jeszcze 5-cio minutowa wiązkę zaczynającą się od „k.rwa święta”, a kończąc na „aniołek pie.dolony”. Na koniec wyjaśnił, że zaginęły mu kiedyś klucze od jego szpanerskiego wtedy motocykla Panonia i trzeba było rozwiercać stacyjkę i blokadę kierownicy.

Te klucze mu przywiozłem, łącznie z zapasowymi.

Księgowy został pogoniony, a przy okazji posłaniec z jakiegoś innego powodu w połowie praktyki.

W szkole prof Piątkowski wysłuchał mnie po ojcowsku i skierował mnie na dokończenie praktyki do PGR(Państwowe Gospodarstwo Rolne) Grobniki.

Tam poznałem smutnych, ciekawych ludzi. Beznadzieja pegeerowców wyrażała się w porzekadłach:


Zenek potrafił być pierwszy przed sklepem, by wymamrotać: „Szefowo, masz jakieś piwo?. Bo tak mi się lać chce, a nie mam czym”. A jak zobaczył miastowych co kupili sobie wodę, za przeproszeniem, pitną i ją pili, to nie krył oburzenia: „Jak bydło-wodę piją”.

Wojtek tam był od początku praktyki, ale też było tam dwadzieścia jeden niegrzecznych dziewczynek z poprawczaka na obozie prac przymusowych. Wojtek powitał mnie z otwartymi ramionami, bo już nie wyrabiał, choć to był dopiero półmetek praktyki.

Nazywał je po swojemu, tej z zezowatymi cyckami nadał imię Zuza, krzyczącej-Krysia, sapiącej-Sophia itd.

Ostra jazda i bez trzymanki z dziewczynami była jak mnie obsiadły na bryczce(pełniłem chwilowo funkcję stangreta), wyrwały mi lejce i heja. Konie poniosły, złamany dyszel(bryczki), bryczka do kasacji.

Cała wina na mnie, struty chodziłem pół dnia i nie wiedziałem co dalej począć(ten termin ma teraz inne znaczenie, wtedy oznaczał”zrobić”). Z kłopotu wybawił mnie kowal, który próbował zrekonstruować tę bryczkę, pocieszał mnie, jak krowie na miedzy, tymi słowy: „Umarłemu się to nie przydarzy”.

Wojtkowi nawet się dziewczyny zwierzały, znam tylko strzępy tych wyznań, np:”obóz mija, a ja niczyja”,czy inne „ni okresu, ni adresu”

Od nich się dowiedziałem, że pojęcie miłości stworzyli Szkoci, a przejęli Poznaniacy, żeby nie płacić za seks.

Z kierownikiem Wawrzkowem spotkałem się wiele lat później i wcale nie miałem do niego żalu, że mnie wtedy pogonił.

Practica vitae magistra est(praktyka nauczycielką życia).

Czy teraz szkoła równie gruntownie przygotowuje uczniów do fachu?

Burek

Burek z PeGeeRu to nie było określenie psa tylko chłopaka, robotnika rolnego w uspołecznionym sektorze rolnictwa. A formułowane z sektora nieuspołecznionego przez takich samych mołojców, by obrzydzić swoim dziewczynom tamtych. Zenkowi też przysługiwało to miano. Tu więcej miejsca mu poświęcę.

Ponieważ łebski był facet, to sobie wymyślił, że do kosy przyszwajsuje drugie ostrze i będzie kosić w dwie strony, pozbędzie się jałowych ruchów, a przede wszystkim zwiększy wydajność koszenia o 100%, będzie przodownikiem racjonalizacji i pracy socjalistycznej. Od razu zgłosił to do komórki racjonalizacji, tam specjalista wysłuchał go i poradził by z tyłu uczepił sobie jeszcze grabie i uzyska w ten sposób wydajność 300%.
Zadowolony relacjonuje to z dumą swojej dziewczynie, a ona to: „Jak by on wiedział o tobie to co ja, to by ci kazał jeszcze z przodu młócić i osiągnąć wydajność 400%.

Ale też owa dziewczyna podała do sądu o alimenty od wszystkich miejscowych burków. Sąd zarządził ustalenie grupy krwi dla ustalenia ojcostwa. Wezwani gremialnie poszli oddać krew, a pierwszy Zenek. Wychodząc z ambulatorium zarechotał:

Spokojnie chłopaki, mogą sobie sprawdzać do u.ranej śmierci. Z palca biorą krew!”.

Kiedyś popijając jak zwykle z Władkiem siarę(jabcok) Zenek czyta na głos organ PZPR-”Trybunę Ludu”, a tam: „alkohol skraca życie o połowę”. Więc pyta przydymionego, ale przytomnego Władka ile lat żyje?
- 35
- No widzisz, jakbyś nie pił, to byś miał 70.

Laska

Żyliśmy w ciekawych czasach z ciekawymi postaciami.

W gospodarstwie szkolnym ogrodnikiem był Kosa, ale należało wymawiać Koza , Niemiec z krwi i kości, w czasie wojny walczył w AK(Afrika Korps), po polsku znał zaledwie kilkanaście słów. Jurek twierdził nawet, że ma na przedramieniu wytatuowane dwie błyskawice(SS). Z dyrektorem porozumiewał się tylko po niemiecku.

Woźnym był Kretek autentyczny Ślązak, mówił niezrozumiałą dla mnie gwarą śląską. Palił w piecu, zamiatał otoczenie, sprawdzał uczniów czy wnoszą do szkoły tarcze z dumnym numerem 102. Kiedyś powiedział do mnie, bo byłem najbliżej: „Synku, nasztaluj tyn lautszprecher na cołki kapycynder” Nic z tego nie zrozumiałem, chodziło o podkręcenie kołchoźnika (głośnik naszego radiowęzła) na cały regulator. Radiowęzeł(radio, gramofon, wzmacniacz i sieć głośników) obsługiwał Witek, ale czasem i mnie dał coś tam pokręcić). Rysiek postrzegał woźnego jako kutwę stwierdzeniem „On jest taki sknerowaty, że jakbyś mu dał 10 zł, to by ci za darmo dwa dni jedzenie dawał”. Nasza salwa śmiechu była odpowiednią reakcją na te słowa.

Księgowy gospodarstwa był średniego wieku i niskiego wzrostu, ale z naszej perspektywy był stary i do tego garbaty. Otoczenie wtedy, a bywa i teraz, jest złośliwe w stosunku do kalek. Jeden z dowcipów a'propos opowiadany: Mowi ślepy do księgowego, bo wybierają się na wycieczkę:

- Masz Pan plecak?
- Jak Pan widzisz.

Mieszkał samotnie. Dowcipnisiom jednak szczęka opadła, gdy nasz bohater przytargał do domu laskę blond jak Marylin Monroe i to od razu zapyloną. Po prostu dziewczyna upadła, więc ją podniósł. Długie nogi aż do ziemi, a tam się jeszcze zaginały w stopę; mlekiem i miodem płynąca; miała na czym siedzieć i czym oddychać; wysoka jak żyrafa,młoda, piękna, zgrabna, powabna i uśmiechnięta. Jemu przypisywano powiedzenie:jak kobieta w nocy nie jęczy, to w dzień warczy. Od razu chętnie chodziliśmy na praktyki do gospodarstwa, bo przechodziło się obok czworaków, a tam było na co popatrzeć. Gdyby były wtedy wybory Miss Ziemi Głubczyckiej i Pobliskich Okolic, to ta dziewczyna wygrywałaby je w cuglach i to przez 10 kolejnych lat.

Do dziś się zastanawiam- czym on jej zaimponował?



Przydział stopni

Prof. Kubik, był wytrawnym fotoreporterem i korespondentem Trybuny Opolskiej, ale też naszym wychowawcą. Miał fotoaparat radzieckiej marki Zorka 5, którym robił zdjęcia, wywoływał, utrwalał i sprzedawał nam(tablo naszej klasy zachowało się jedynie dzięki jego fotografii). Nawet dyrektor wydał zakaz dla uczniów kupowania od „przekupniów i domokrążców”. A ogłosił to za pomocą Kurendy(księga zarządzeń odczytywana obiegiem w poszczególnych klasach). Wszyscy domyślili się o kogo chodzi.

Nie przepadali za sobą, a wszystko pono za incydent: dyrektor wizytował gospodarstwo szkolne i otwierał tamtejszą wzorową chlewnię. Fotografia ukazała się na szkolnej gazetce ściennej, a ktoś podpisał „Dyrektor w naszej chlewni wśród tuczników-drugi z lewej”

Oprócz fotografowania uczył nas ruskiego. Uczył to może za dużo powiedziane, ale na koniec każdego okresu trzeba było wystawić nam stopnie. Był to tzw przydział stopni, który odbywał się różnymi metodami. A to wg wzrostu, a to wg krótkości włosów, a to przez upoważnionego starostę klasy, a to przez losowanie. Ta ostatnia metoda została uznana za najsprawiedliwszą.

Ja różnie na tym wychodziłem i wolałem metodę analogii ogólnej.


Internat

W internacie byłem w czasie zimy stulecia i w okresie praktyki oborowej, kiedy trzeba rano stawać i drałować na ranny udój o godz 5.00, potem czyszczenie obory z obornika, a krów z łajna.

Z mego punktu widzenia, w sytuacji dojeżdżania i dorabiania na roli, życie internatowe było byczeniem się.

Na parterze skoszarowani byli uczniowie Ogólniaka, my na 1 piętrze, nasze dziewczyny na 2, na poddaszu magazyn. W magazynie nasze stroje robocze na praktyki(tam się ubierało i paradowało potem przez miasto), pamiętam jeszcze worki z mąką z napisem UNRA . Prod Dudek, kierownik internatu mieszkał z rodziną na naszym piętrze. Stołówka w suterenie, w niedzielę było nawet kakao, poniedziałek(a nie piątek) był postny(bezmięsny).

W menu stołówkowym frykasów nie było, ale głodni też nie chodziliśmy.

Prof Piątek, absolwent naszej Szkoły, po maturze poszedł do wojska spełnić obywatelski obowiązek obronny ludowej ojczyzny. Zawodowej armii wtedy nie było, bazowano na rekrutach. Tam dosłużył się wysokich stopni podoficerskich, poszerzył wiedzę, po czym wrócił do szkoły jako wychowawca w internacie.

Od razu wprowadził wojskowy dryl, a tym poranną gimnastykę. Po pobudce o 6:00 wylegaliśmy na ul Niepodległości przed internatem w spodenkach i koszulkach, by ćwiczyć tężyznę fizyczną. Zaprawa poranna kończyła się biegiem dookoła stawku w parku.

Ale, nie wiem czemu, takie pokazówy były tylko w piątki, a było to pożyteczne dla rozwoju psychofizycznego. Tym bardziej, że zajęcia wf prowadzone przez prof. Faściszewskiego były w ograniczonym zakresie, bo salą gimnastyczną była jakaś mała salka w MDK z koszem koszykarskim i plac przy szkole i obok koszem na śmieci jako boisko.

Do dziś żal mi tych piątków.


Grzebanie

Jak pogrzebałem dobrze w pamięci, to przypomniał mi się serial pogrzebowy w wykonaniu Witka.
Po kolei.

Witek pochodził z Szydłowca, z rodziny kolejarskiej. W dostatku miał bilety kolejowe rodzinne, ale w niedostatku czasu wolnego od zajęć szkolnych i ferii. Wpadł więc na pomysł przepustki na pogrzeb dziadka. Kolega z Szydłowca poszedł na pocztę i wysłał, jako babcia, pilny telegram by Wiciu stawił się szybko na smutną uroczystość.

Witek ze łzami w oczach biegł do wychowawcy, oznajmiał o nieplanowanym pogrzebie, ten udzielał mu urlopu. On w pociąg i balanga z kolesiami.

W ten sposób ogołocił kompletnie swoją rodzinę w 4 lata.

W piątej klasie był już zupełnym sierotą.

Wycieczki

Radość pielgrzymowania nie była nam dozwolona, ale wycieczki tak. I nie zagraniczne, choć w pobliżu łączyła nas granica przyjaźni z Czechosłowacją.

Za granicę miasta to co innego. Dlatego w ramach zorganizowanych wycieczek zwiedziliśmy

Omijając szykany przytoczone na wstępie, łączyłem często wycieczki z pielgrzymkami wędrując do Pielgrzymowa, by podziwiać wspaniałą ruinę tamtego kościoła. Do Oławy również.

Pielgrzymowanie w latach osiemdziesiątych na ogródki działkowe w Oławie dostarczało niezapomnianych wrażeń. Tam Domańskiemu ukazała się Matka Boska Królowa Wszechświata Bożego Pokoju(MBWBP) w pamiętnym dniu 8 czerwca 1983. Nie miała jednak szans urzędowego zatwierdzenia cudu, bo się ukazała niewłaściwemu człowiekowi.
Ale mimo to powstało sanktuarium, a ludzie tłumnie nawiedzali nie zważając na interdykt Kościoła. Tam też doszło do cudownego nawrócenia księdza, gdy na dnie kielicha zobaczył zakrwawioną hostię(podrzuconą przez Domańskiego).
Zdarzyło się, że z końca kolejki kalek do uzdrowienia za pomocą MBWBP ktoś krzyknął; „Będę chodzić, będę chodzić”. Domański się zdumiał i powiedział, że jeszcze przecież jeszcze go nie uzdrawiał. Ten na to:
- Rower mi podpieprzyli


Zima stulecia

Jeszcze przed ociepleniem klimatu, w roku 63, była zima stulecia. I to nie na żarty, bo temperatury przez dwa miesiące oscylowały w okolicy -30 stC. Zaspy wielometrowe, z internatu do szkoły przechodziło się tunelem, koleje utknęły w zaspach. Staszek i Marian z Branic tygodniami nie mogli się dostać do szkoły. Mnie dowieźli saniami i zamieszkałem w internacie na okres srogiej zimy.

Każdemu nowemu serwowano rowerek. Polegało to na tym, ze śpiącemu wkładano między palce nóg karteczki i popalano, wtedy delikwent kręcił nogami jak na rowerze zanim się obudził. O tym wiedziałem, dlatego miałem nocne trzykrotne nocne czuwanie. Odsypiałem to na lekcjach. Czwartej nocy nad ranem zjawił się Jurek z niecnym zamiarem. Pokuliłem nogi i gdy miał podpalać karteczki, kopnąłem go w nos aż się odbił od ściany. Od tej pory eksperymentów ze mną nie robiono.

Wieczorem po capsztyku, przed snem otworzyłem okno, a Tadek zaraz go zamknął. To ja znowu otworzyłem i tak się powtórzyło jeszcze 2 razy, aż Tadek powiedział:”A właściwie niech będzie otwarte” i zaczął ubierać kalesony, pidżamę, dres, sweter, płaszcz. Potem wlazł pod kołdrę. Witek, widząc co się dzieje, uciekł do innego pokoju. I dobrze zrobił, bo została po nim dodatkowa kołdra, którą się przykryłem.

Dyżurny Jurek rano wpadł do nas z okrzykiem „Pobudka” i widząc nas w soplach dodał ”Czyśta chłopaki powariowały?”.

Hartowanie było skuteczne, bo nieznane jest mi pojęcie kataru, grypy, a nawet rozwolnienia.

Kultura rolna

Estetyka to nie tylko schludny wygląd, a wychowanie estetyczne, obok agrarnego, było „jednym z czterech podstawowych celów wychowania, bez którego niemożliwe byłoby kształtowanie osobowości rozwiniętej wszechstronnie”.

To teoria, a praktyka wychowania estetycznego odbywała się na lekcjach języka polskiego i historii oraz po lekcjach pod okiem(i poza okiem) prof. Krosnego. Na lekcję przychodził często z gramofonem Bambino, puszczał winylową płytę z Chopinem i tłumaczył nam, że kulturalny człowiek winien delektować się muzyką, sztuką teatralną, poezją na równi z podziwianiem pokroju klaczy.

To dzieki prof. dowiedzieliśmy się, że podręcznik hodowli zwierząt futerkowych pisany jest prozą, mówimy prozą i życie szkolne jest prozą.

Słuchaliśmy z niedowierzaniem wiedząc, że frak dobrze leży dopiero na wnuku. Posłusznie zgłębialiśmy tajemnice muz.

Ziarno kultury i sztuki padało na podatny grunt, bowiem karmieni co dzień pojęciami: sztukamięs, przeliczeniowa sztuka duża, przeliczeniowa sztuka obornikowa, sztuka kochania chcieliśmy się choć na chwilę oderwać od kultury rolnej i zagłębić w bezbrzeżną otchłań sztuki przez duże es. Pokochaliśmy wszystkie muzy miłością amatora i amantki. Jedna z koleżanek tak się przejęła rolą, że nawet chciała zdawać na Wyższą Szkołę Teatralną w Katowicach.

W ramach własnego Codziennego Kształcenia Ustawicznego(CKU), jako zwykli zjadacze chleba, wyżywaliśmy się w poezji i sztukach teatralnych. W etiudach przodownikiem sztuki socjalistycznej był Roman. Z domu małorolny, w teatrzyku wielkorolny, obsadzany szczególnie w rolach komediowych, choć mogło to wyglądać tragicznie.

Oto próbka poezji liryczno-epickiej Romana: „O słowiczku piękne ptaszę/Opuściłeś gniazdko nasze/Opuściłeś nasz strony/ Ty słowiczku pie.dolony”

Studniówka


Studniówka jest raz w życiu,aula odświętnie wystrojona, chłopaki umyci i wypomadowani, dziewczyny wypachnione, wszyscy w niedzielnych strojach(jak namszę), kadra nauczycielska z dostojną elegancją, orkiestra sprowadzona z Prudnika z prof. Lipińskim za perkusją(tam się przeniósł nasz trener etykiety), stoły zastawione, przemówienia, toast.., a tu szlaban.
Dyrektor zakazał w tym momencie, w sposób nieuprzedzony, alkoholu- nawet wąchać, nawet nauczycielom. Gdyby nas uprzedził, to by się pochowało co nieco w kiblu, a tak z suchym pyskiem musieliśmy dotrwać do końca. To była długa noc.
Specjalnie kupiliśmy wina Mistella, Istra, Lacrima. Łza się się w oku kręci na wspomnienie tego utraconego smaku. To raj utracony(w gębie). Tego się dyrektorowi nie zapomina., a pamięta .
Pamiętać winne niezliczone pokolenia maturzystów, że 20. Stycznia 1963 w Głubczycach odbyła się pierwsza w dziejach nowożytnych bezalkoholowa studniówka.


Lekcja ekonomii

W pracy od 10ciu lat spierałem się co koncepcji przedsiębiorczości z najpierw jako biegłym księgowym, potem już jako naszym zwykłym księgowym, ale głównym. Jakie było moje zdziwienie gdy na V Zjeździe Absolwentów 2014 „Rolniczaka” w Głubczycach spotykam rzeczonego, ale w charakterze absolwenta kończącego szkołę 4 lata później.

Ekonomii uczył nas dyr Ogrodzki, tej samej obu. Ale jak się to stało, ze ja wyniosłem z tych nauk przeświadczenie, że należy się rozwijać,że kto stoi w miejscu, ten popada w zacofanie. A kolega, że należy likwidować, likwidować.

I ma w tym względzie osiągnięcia, bo zlikwidował swoją cukrownię z powodzeniem, a potem jeszcze 6.

Minister Ireneusz Sekuła w Warszawie popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę, a potem jeszcze 6x w brzuch. Gaździna w Murzasichlu, wg relacji gazdy, nieszczęśliwie upadła na stojący na piecu nóż. A potem jeszcze 6x.

Do tego mieli jeszcze pecha- i minister, i gaździna fatalnie skończyli.

Jedni mają fart, inni mają pecha.


Koniec historii

 Moto :„Pogłoski o mojej śmierci są mocno przesadzone(Mark Twain)

1. Kiedy w 1989 roku wraz z murem berlińskim legł w gruzach komunizm, Francis Fukuyama ogłosił w swym słynnym eseju Koniec Historii, a więc koniec konfliktów, starć systemów, wojen, udręk. 
Koniec świata?
2. Kiedy przestaną ukazywać się te i inne opowiastki, to będzie koniec historyjek, koniec portalu-wizytówki klasy 58-63, ale nie
Koniec Świata. 
A może oznaczać to też, że legł piszący te słowa i nie chce mu się wysilać. 
3. Kiedy historia „Rolniczaka"(http://cku_zsr_glubczyce.wodip.opole.pl/historia/historia.htm) kończy się na tekście:
2004/2005
w szkole powstaje trzecia pracownia komputerowa,
16 października z okazji 50-lecia szkoły odbył się IV Zjazd Absolwentów. oznacza to
Koniec Szkoły?
Nie , bo istniała potem jeszcze , chwalić boga, co najmniej 10 lat i zdołała nawet obchodzić jubileusz 60-cio lecia.
(pisane w dn 2 listopada 2014)


Czyn

Na powszechnym czynie wiosennym partyjnym dla uczczenia Zjazdu i 1-go Maja aktywiści partyjni(i wyznaczone szkoły) wylegli na ulice, grabią, zamiatają, szorują miasto.

Teren upstrzony transparentami:

Czynem społecznym zamienimy kraj w raj.

Socjalizm to władza Rad + porządek

Partia grabi Polskę Ludową, kl V Technikum kopie.

Jedni stoją oparci o grabie i łopaty(1) , drudzy pracują(2), trzeci machają w powietrzu miotłami(3).
Zachodni dziennikarz postanowił sprawdzić jak przebiega czyn na takim zadupiu jak to. Za pomocą słownika przetłumaczył z angielskiego pytanie: Czy ty pracujesz w czynie zjazdowym? Wspomniane grupy odpowiedziały odpowiednio.

- Tak, No, Uhu,

Przetłumaczył to słownikiem i nic mu nie pasowało. Pyta więc milicjanta ochraniającego porządek publiczny:

- Jak to jest- pracujący zaprzeczają, udający twierdzą, że pracują, a jeszcze inni odpowiadają uhu. Co jest grane?
Ten wyjaśnia z wykorzystaniem dialektyki marksistowskiej.

- To specyfika miejscowa, bo po odpowiedzi takiego obywatela od razu można ocenić jego erudycję . Wszyscy oni odpowiedzieli twierdząco. Ale odpowiednio to były grupy:
1- analfabetów(uhu), 2- absolwentów podstawówki w Mokrem(no), 3- uczniów i absolwentów tego technikum(tak).

- A pan to chyba po Akademii Milicyjnej.

- Yhy.



Pochód

pierwszomajowy to wydarzenie, klasa robotnicza i chłopstwo obowiązkowo, uroczyście świętowało rewolucję społeczną. Dziękowało władzy ludowej niesionymi transparentami i niesionymi hasłami. Manifestacje odbywały się w cieniu amerykańskiej bomby neutronowej i oburzeniu na nią. To taka bomba co zabije chłopa, babę i konia, ale koromysło,cep, stodoła pozostaną nietknięte.

Na pochód w 1959 roku przygotowaliśmy pracowicie hasła:

Ale wszystko na nic, bo komandor pochodu nie pozwolił na ich prezentację.

Defilada odbywała się przed trybuną honorową ustawioną na ul Kochanowskiego, gdzie pozdrawiał nas z uroczyście z ostentacyjną miną sekretarz Bocian(we Lwowie na ostentacją kryjącego swoją ignorancję mówiło się uroczysty dureń, nawet jak nosił koloratkę).

Na przedzie manifestacji jechał dziadek Gajc na skrzypiącym półkoszku zaprzężonym w kulawą szkapinę i napisem

1939

za nim z łoskotem dumną miną młodzieniec na stalowym buldogu(ursus 45) i napisem

1959

Dalej przodownicy pracy socjalistycznej przepięci szarfami i hasłami, które jeszcze dodatkowo skandowali:




Za rok matura


Klasa nasza nie była nadmiernie zdyscyplinowana do tego stopnia, że grono nauczycielskie postanowiło nas wszystkich zgodnie, a każdego z konkretnego powodu, nie dopuścić do matury.

Powołaliśmy natychmiast Klasowy Sztab Kryzysowy w składzie: Witek, Stefan i Władek. Takich dwóch jak nas trzech to nie było i nie będzie ani jednego.

Analiza sytuacji wzbudziła naszą ogólną wesołość, bo oznaczało to, że spragnione wykształconych kadr uspołecznione rolnictwo(było takie pojęcie) nie zasili cały jeden rocznik znakomicie wykształconych techników rolniczych(no bo kto zaorze te odłogi, Boże drogi). A na to nie pozwoli przecież nasza ukochana władza ludowa.

Wniosek Sztabu: 1. strachy na Lachy(czyli małżeństwo profesorów Lach'ów); 2. to wszystko pic, nie robić nic.

Ja nie miałem dostąpić zaszczytu egzaminu maturalnego, bo słabo rozpoznawałem nasiona trawy Poa pratensis.

Strategia Sztabu była zbawienna, w końcu nas dopuścili.

Ale się odkuli na maturze, bo zdało nas 17 na 22 możliwych, co daje skuteczność 22,7%(zasada analogii była pomocna).

Różnica

Tu pora na wychwycenie, posiłkując się powyższymi opowieściami, różnicy pomiędzy : katechetą, nauczycielem, wychowawcą i pedofilem.
Odpowiedź:

żeizdołm ibul lifodeP

=========================================

Wywiadówki

Oświadczyłem rodzicom, że chcę iść na studia na Wyższej Szkole Rolniczej we Wrocławiu, po których będę inżynierem. Ojciec powiedział, że utuczą dodatkowego świniaka, sprzedadzą poza obowiązkowymi dostawami(były takie) i jakoś sfinansują. Na wakacje miałem jednak nadal paść krowy. A matka powiedziała: „Studiuj sobie, ale na wywiadówki tak daleko to ja już nie pojadę”.

Demokraci

Idziemy z Rysiem na studia rolnicze, ale tam trzeba mieć końskie zdrowie, a to może stwierdzić dr Ceglarek.

Doktor obadał nas, opukał, osłuchał i powiedział: „ Teraz jesteście demokratami, a po studiach będziecie kapitalistami. Ale pamiętajcie- nie pracujcie dla pieniędzy, niech pieniądze pracują dla was”

Studia rzeczywiście skończyłem i to za pierwszym razem, teraz jestem byłym inżynierem rolnictwa(bo wiedza się dezaktualizuje po 5-ciu latach, a więc zaliczyłem 10 pięciolatek) i dalej wiernym demokratą.

Byłem gajowym, leśniczym, gównem i niczym.

A teraz emerytem, któremu premier Buzek obiecał emeryturę pod palmami i słowa dotrzymał.

Kapitalizm? A co to jest?

Może teraz tego uczą w szkołach, albo w ramach dokształcania ustawicznego?

Bo wykształcenie i zęby można zawsze uzupełnić, ale będą to tylko protezy.

=============================================


Na studia(trzecia szkoła)

Tadek, Rysiek i ja postanowiliśmy iść, wierni swym zamiłowaniom, na studia rolnicze. Podanie składało się w szkole, ona dołączała dyplom i wysyłała na uczelnię, a my spaliśmy spokojnie(jak chłop, któremu wtedy właśnie rośnie w polu).

Ze snu wyrwał nas prof. Szczerba: „Widziałem, że wasze papiery poszły, ale bez świadectw maturalnych” . Prof. Warło zastępował prof. Kubika, ale świadectw nie wypisał(a robiło się to wtedy ręcznie), a tu za dwa dni egzaminy wstępne(były takie wtedy) na Wyższą Szkołę Rolniczą(popularnie nazywaną: WYSROL) we Wrocławiu.
Wydębiliśmy jakoś te dyplomy i w te pędy oba dwa z Rysiem do Wrocławia. A tam stan wyjątkowy, epidemia ospy. Przedarliśmy się z dworca przez kordon ochronny i Rychu, jako miastowy( z Koźla, bo ja z Radyni), rozpytuje jak dostać się na ul Norwida 25. Ktoś tam mówi: „ta jedźci jajim(linią zero)du placu Grunwaldzkiegu, tam już bedzi blisku, albu sztajgujci na piszki, ali to bedzi zy siedym kilosów”.

Ja radzę żeby jechać „jajem”, a Rychu mówi:”Co, mamy wyszastać wszystkie pieniądze na tramwaje?”
Poszliśmy z tobołami pieszo, bo tramwaj kosztował 15gr, a bez zniżki nawet 20.

Komputer

Szkolenie komputerowe przeszedłem w Charkowie w roku 1967 podczas zagranicznej praktyki dla studentów. Praktyka polegała na zbieraniu wiśni w sadzie. Zwiedzaliśmy też fabrykę traktorów-80 % załogi to kobiety, bo mężczyźni służyli w mundurach.

Na uczelni pokazali nam komputer RIAD który zajmował cały pokój, a taśmociąg do kart perforowanych wychodził na korytarz.
Było to jedyne moje przeszkolenie z komputeryzacji.

Czytającym poddaję pod ocenę te umiejętności.

Szewcy

Kolega był t kiedyś zaopatrzeniowcem w Opolskiej Wojewódzkiej Szewskiej Spółdzielni Usługowej „OP SZEW”, postanowiliśmy więc odwiedzić jego kolegów po latach: Oto dialog z nimi:

Szewski poniedziałek, szewska pasja picia to nie pojęcia z dramatu Witkiewicza, to samo życie.

A ja to mam w...

Tadzio, absolwent'63, pojechał do Hameryki, tam pracował w pocie czoła przez sześć dni, a w siódmym odpoczywał ,rachował dolce i kalkulował.

A wykalkulował: miesięczna płaca w Polsce Ludowej to 20 zielonych i za to można wyżyć niezależnie od deprecjacji złotówki. Jeśli przywiezie do Polski 25 tys dolców i włoży je do PeKaO na 2 %, to ma miesięcznie prawie 42$ czyli żyje jak lord z 201% poziomem życia.
Jak wykombinował, tak zrobił. Wrócił, a tu stan wojenny, inflacja, podwyżki cen. Przy każdym komunikacie Państwowej Komisji Cen o podwyżce Tadzio nieodmiennie pokazywał gest Kozakiewicza, uśmiechał się pod nosem i mruczał:”A ja mam to wszystko w d.pie” . Bo inflacja dotyczyła złotówek, a nie dolarów i nawet chwalił socjalizm.

Potem przyszedł Balcerowicz i pokrzyżował misternie utkany plan.

Pytanie, czy warto pracować, pozostaje otwarte.

Ty baranie

Ja, Władysław Baran, absolwent'63 jadę do Niemiec, do przyjaciół. Tam benzyna droga jak cholera, Na wszystko jest rada. Wziąłem więc 3 kanistry, które pozostały jeszcze z czasów Wiecznych Niedoborów. Przed granicą w Zgorzelcu, na stacji benzynowej, tankuję metodycznie: zbiornik samochodu- do pełna, zamykam zbiornik wyciągam pierwszy kanister i do pełna, zamykam kanister, wsadzam do bagażnika
wyciągam drugi kanister i do pełna, zamykam kanister , wsadzam do bagażnika
wyciągam drugi kanister i do pełna, zamykam kanister, wsadzam do bagażnika
wyciągam trzeci kanister i do pełna, zamykam kanister, wsadzam do bagażnika
a za mną stanął jakiś facet samochodem czeka i czeka i nerwowo chodzi.
Wreszcie podszedł do mnie i mówi:
Ile jeszcze mam czekać?
Przecież przy innych dystrybutorach-odpowiedziałem uprzejmie- jest pusto, to dlaczego się uparł Pan na właśnie ten?
-Ty stary baranie!
Stary, bo stary, ale jak on mógł na mnie powiedzieć "Baranie".
Zgorzelec, czerwiec 1997

A gienierał wystarczy?

Ubiegałem się w roku 1985 o członkostwo w ekskluzywnym klubie Związku Działkowców Polskich, a do tego trzeba było mieć kwalifikacje do uprawy ogrodu. Staję przed Wysoką Komisją, a komisarz pyta:

- Kwalifikacje są?

- Tak, dyplom rolniczego technika

- Mało

- A to wystarczy?-i pokazuję dyplom rolniczego inżyniera .

- Nie

(A trzeba było mieć świadectwo z dwudniowego szkolenia kandydatów na działkowiczów)


Internet

Wnuczka do babci Marii z 50-cio letnim stażem absolwenckim:

Bóg da to w czasie zjazdu spróbujemy odnaleźć tę pożyteczną komórkę.

===================================

Na emeryturę

Idę na emeryturę(życie zaczyna się po 65-ce), w pracy pożegnanie, gala, szef wygłasza laudację na moją cześć, wychwala pracowitość, pomysłowość, zaangażowanie świeżego emeryta.
Potem ja wstaję i mówię: „Dziękuję. Teraz mogę Wam powiedzieć, że pracę zacząłem 1 grudnia 1968 w POM-ie Lubomierz(tam kręcono serial o Kargulu i Pawlaku). W pierwszym dniu wpisałem sobie do kalendarza termin 4 czerwca 2009, bo w tym dniu będę już emerytem i co dnia odliczałem ile mi jeszcze pozostało z tych 14 795 dni.

Mogę teraz powiedzieć, że byłem gajowym, leśniczym, gównem i niczym. A teraz wreszcie jestem wolnym emerytem”

Następcy wręczyłem 3 koperty, które miał otworzyć:

  1. od razu( treść wewnątrz:”Zwalaj na poprzednika”)

  2. po roku(treść:”Reformuj”)

  3. po 3-ch latach(„Przygotuj 3 koperty”)
    ODYSEYA II.
    czyli świecka pielgrzymka do Grecji
    Grecję, tzn wyjazd do Grecji,  planowaliśmy już od czerwca roku jubileuszowego. Wspólna znajoma, Ela,  zobowiązała się załatwić wyjazd przez czeskie biuro podróży Ancora z Šumperka. Ona pracuje w sądzie we Wrocławiu , tam wiele osób korzystało z usług tego biura. Wiadomo Czesi, naród solidny.
    Coś tam załatwiała, my płaciliśmy jakieś zaliczki, termin ustalony był na początek października, bo dość mamy naszych słot jesiennych . Dobiegł czas, wzięliśmy urlopy i heja do Šumperka, tam zapakowaliśmy się do autobusu i poprzez Rakousko, Italsko na wyspę Corfu.
    Przeszukaliśmy dostępne mapy, ale takiej wyspy tam nie ma. Ale skoro tam jedziemy, to musi być (po przyjeździe okazało się, że występuje też pod nazwą Kerkira. Może też było odwrotnie.) .
    Jesteśmy na urlopie, to odpoczywamy, zero wysiłku i pełna beztroska. Mamy biuro podróży , które za nas myśli i organizuje. Pielgrzymkę prowadzi  zespół trzyosobowy , jeden z nich za, sprawą spiczastych włosów i brody, ochrzczony został  przez nas D'Artagnan'em.  Dostaliśmy też jakiś kwit podróżny, z którego wynika, że będziemy na wyspie Corfu, w miejscowości Kassiopi.
    Po skompletowaniu składu pielgrzymki pilot zapowiada, że jechać będziemy autobusem do Bari, tam przesiadka na prom i po dalszych 8-miu godzinach będziemy na Corfu, a tam nas autobus rozwiezie wg planu.
    Jeszcze kilka uwag organizacyjnych i jedziemy. Telefony komórkowe mamy, ale z wymianą numerów nie ma się co śpieszyć.
    Coś się zażartowało, coś się wypiło i 24 godziny przeleciały.
    W Bari godzina przerwy, cieplutko,  oglądamy wąskie włoskie uliczki naszej królowej Bony, z sznurami suszącej się bielizny, zaokrętowujemy się na prom, zwalczamy Beherowką morską chorobę, trochę śpimy.
    Rano budzi nas steward: "Corfu, Corfu" , ubieramy się , wychodzimy na pokład rufowy, przepływamy akurat cieśniną  pomiędzy Albanią i wyspą Corfu. Piękne góry po obu stronach wyrastające z morza. Pięknie się dzień zaczyna.
    Statek dobija do portu Kerkira (Corfu), przyglądamy się jak cumuje rufą, jak opuszczają trap. Schodzimy i kierujemy się do miejsca, gdzie wchodziliśmy. Tam porządkowy pokazuje , że trzeba inny wyjściem, więc idziemy tam, ale widzimy, że w międzyczasie prom już odbija.
    Na nabrzeżu widzimy nasz autobus i naszą grupę, a my , cztery osoby bez bagaży, dokumentów , pieniędzy, znajomości ichniego języka płyniemy nie wiadomo dokąd
    Z obsługą się nie możemy dogadać, bo oni tylko po grecku lub angielsku, telefon mi się rozładował, a i tak numerów teraz potrzebnych nie znam, nie znamy również adresu, gdzie mieliśmy być rozlokowani.
    Teraz sobie przypominam, że w Bari ładowały się na ten prom ciężarówki tureckie.
    Na nasz raban uprzejmie odpowiedziano "no problem" i coś tam jeszcze niezrozumiałego. Ale też obudził się mechanik pokładowy, pochodzący z Jastrzębia.
    Wyraziłem pogląd , że u Greków problem się zaczyna dopiero, gdy statek rąbnie w skałę, co potwierdził nasz późniejszy wybawca, mechanik. Wytłumaczył, że statek dopłynie do Grecji kontynentalnej, gdzie przesiądziemy się na jakiś prom z powrotem, a kursują one gęsto.
    "Jest dobrze" z ulgą powiedział towarzysz podróży i niedoli.
    Poprosiłem o naładowanie akumulatora telefonu, dostałem wtedy nagraną wiadomość z sekretarki automatycznej od tych, którzy wysiedli wcześniej. Podali nr telefonu pod który możemy dzwonić, ale jak tu zapamiętać znienacka podaną dziewięciocyfrową liczbę?
    Zadzwoniłem do biura w Šumperku,do majitela Stratila przedstawiłem naszą sytuację ("
    pane Stratil mysme stratili se na możu "), obiecał, że zadzwoni do pilota, żeby autobus na nas czekał o 13:30.
    "Jest dobrze" powiedziałem po cichu, żeby nie zapeszyć.
    Próbowałem się dodzwonić do Jacka, ale bez rezultatu. Okazało się potem, że on telefon zostawił w domu.
    Usłużny mechanik pomógł nam ulokować się na promie powrotnym i życzył wypoczynku bez dalszych przygód.
    Wysiadamy w Corfu o 13:30, a tam naszego autobusu ani widu ani słychu. Miało być bez przygód!
    Zatoczyliśmy wielkie koło i znowu znaleźliśmy się w punkcie wyjścia.
    Nie było nam dane szczęśliwie powrócić do Itaki.
    Coś trzeba improwizować, w porcie jest plansza z mapą Corfu, wynika z niej, że jeśli będziemy się trzymać brzegu i iść na północ, to na 36 km natrafimy na Kassiopi i że teren jest górzysty. W czasie naszej odysei powstało w Polsce Centrum Koordynacji Ratownictwa I Poszukiwań , które spontanicznie zorganizowała Madzia, kryptonim magdzior66@poczta.onet.pl
    Otóż Marek nie miał mojego numeru telefonu, ale gdzieś tam w domu był, więc telefon do Madzi. Po odszukaniu go Madzia podała mu, oni jej wiadomość gdzie są, ona do nas itd. Wiemy już , że dotarli do Kassiopi , że mają nasze bagaże, że na nas czekają. Mamy też ich nr telefonu.
    "Jest dobrze" ponownie stwierdził nasz kolega Zygmunt.
    Na taksówkę nie mamy drachm.
    Przekupnia portowego Halina pyta :"pekaes do Kassiopi?". Ten zrozumiał, pokazuje w stronę miasta, "kilometrów?"- podniesione dwa palce, idziemy. Ale jedna informacja to mało, więc Zyga pyta innego tubylca jw., ten wskazuje w przeciwną stronę, więc zawracamy. Po drodze wyprzedza nas autobus z napisem Kassiopi, ale na nasze machanie nie reaguje. Wiemy jednak, że idziemy w słusznym kierunku.
    Doszliśmy wreszcie do przystanku za miastem. Tam żadnej informacji. Cóż robić, trzeba czekać, jak pojechał jeden, to pojedzie i następny. Czekamy, czekamy już ponad 2 godziny, już się zmierzcha, a tu nic. Może ten przystanek jest jakiś wirtualny?
    Oczekując nie próżnowaliśmy, Halina zatrzymywała samochody jadące w domniemanym kierunku, na hasło "Kassiopi" jedni odpowiadali coś niezrozumiale, inni mówili zaś "ne, ne". "Sorry" i następna próba.....
    Później przeczytaliśmy w słowniku, że ne to znaczy :TAK.
    "Jest dobrze". Nadjechał wreszcie autobus i po wąskich, krętych drogach dotarliśmy do Kassapanki, tam natknęliśmy się na przybyłych wcześniej.
    Rozlokowaliśmy się , rozpakowali, ale niezupełnie, bo po jednej sztuce bagażu brakowało. Otóż Jacek i spółka wzięli te nasze bagaże, które znali i powiedzieli obsłudze, żeby te ,które zostaną na końcu trasy, przywieźli autobusem.
    Autobus miał być o 20 00, bo zabierał poprzednich turnusowiczów, więc z kolegą idziemy na spotkanie, po bagaże. Po jego przyjeździe pytamy muszkietera o nie. On wzrusza ramionami "ne ma". Jak to możliwe, żeby na końcu trasy nic nie zostało, przecież nikt z podróżnych nie mógł sobie ich przywłaszczyć, a że coś może zostać to obsługa autokaru wiedziała i miała mieć baczność na nie. "
    Ne, tam nic ne bylo" dodał kierowca, a pilot zaszył się głęboko w autobusie i nie chciał z nami rozmawiać.
    "Nie jest dobrze" zawyrokował kolega. Zła passa nas nie opuszcza.
    Dodać tu należy, że wszystko, począwszy od Bari do powrotu za 10 dni do Brindisi, odbywało się w strugach deszczu. Takich opadów najstarożytniejsi Grecy nie pamiętają
    "Ja ich z torbami puszczę za brak naszych bagaży, bo co to znaczy ,żeby przewoźnik nie odpowiadał za bagaż" powiedział kolega Zyga, adwokat, i rozmarzył się: "Ach co to będzie za piękny proces. I to międzynarodowy"
    Proces może i kiedyś wygramy, ale póki co, to my jesteśmy puszczeni bez toreb. Dzwonimy znowu do majitela biura podróży, pana Stratila, przedstawiamy mu sprawę("
    Pane Stratil, nam bagaż se stratil"), on przeprasza, prosi o czas by mógł porozumieć się z autobusem i rezydentem oraz wyjaśnić sytuację.
    Za godzinę jest wiadomość-bagaże się odnalazły i nazajutrz przywiezie je delegat (rezydent po naszemu).
    "Jest dobrze" zawyrokował kolega Zygmunt.
    Tak też się stało za dwa dni.
    Dalsze dni upłynęły nam na przeganianiu deszczu Metaxą, winem, piwem , zorbą i ich zmienną kombinacją. Słońce to trzeba było wyrywać chmurom z wnętrzności. Niemniej jednak zdążyliśmy się opalić, pokąpać w morzu, objechać na moplikach wyspę, odpocząć z dala od hałasów cywilizowanego świata.
    Powrót(w strugach deszczu) to już był fraszką, a to dzięki nabytemu doświadczeniu. Mianowicie trzymaliśmy się autobusu jak smród wojska. I chwalić Boga, bo okazja do niepowrotu się znowu wydarzyła.
    Otóż po przyjeździe do portu Corfu o godz. 23 00 pilotka (poprzednika już nie było) oświadczyła, że prom do Brindisi odpłynie o "jednej". Upewniam się czy to jest za dwie godziny?" Ano". Jak się on nazywa - próbuję się dowiedzieć. "Nejwim".
    Chodzimy w pobliżu, a oczy i uszy otwarte, choć chciałoby się zwiedzić jeszcze port , portowe życie i miasto. I dobrze, bo za pół godziny przypływa prom i o 23 45 płyniemy już do ziemi włoskiej. W związku z tym ominęła mnie przyjemność napisania , a Ciebie przeczytania, opowiadania ODYSEYA III.
    Dalsza podróż była już niegodna opisania.
    Ojczyzna powitała nas piękna pogoda . W Polsce najstarożytniejsi Słowianie nie pamiętają tak upalnego i pogodnego początku października
    Po powrocie do domu robimy wieczór grecki. Wino nalane, Metaxa się chłodzi, rozpieczętowuję kupiona tam kasetę z melodiami Teodorakisa, uruchamiam magnetofon i nic. Kaseta jest nienagrana.

    Opole, październik 2000

    Babcia laska

    Jest długi weekend majowy, Monia z wnuczką Zuzią, mężem , znajomymi pojechali do górskiej miejscowości Rejviz, w czeskich Jesenikach.
    Znienacka odwiedzamy ich, ale oni poszli na całodniową przechadzkę.
    Kilka razy Halina odwiedza chatę, gdzie wszyscy są zakwaterowani. Tam krząta się jakiś facet z mniej więcej czteroletnią dziewczynką.
    Wieczorem spotkanie w pełnym gronie.
    Owa dziewczynka podchodzi do Haliny i mówi:" A tatuś powiedział na ciebie "LASKA".
    Maj 2001

BCC

Zuzia (4,1 lat):

-Dziadek, a gdzie ty idziesz?

-Na zebranie.





-Ale jakie zebranie?

-BCC.

-Aha!

.......................................

-Babciu, a gdzie dziadek poszedł?

-Na zebranie.
-I będzie tam "Hej sokoły"?


Sen

Odwiedzamy  kolegę (rok 1997) , dawno się nie widzieliśmy, więc toastom nie ma końca. Jednak koniec jest i jest nim sen . Chyba słaby bo budzi mnie serdeczne chrapanie, aż ściany rezonują. Ale jak to możliwe, że dobiega z kibla.

Trzeba sprawdzić ten niecodzienny przypadek.

Sprawdzam- tam mój przyjaciel siedzi na kiblu, przepisowo półrozebrany, wprawia w rezonans wszystko wokoło.

Do dziś minie dręczy pytanie, czy on zasnął przed, czy po.


ZIMA rabczańska

 

Jest dzień 2-01-02, Bartek, Monika, Zuzia jadą z Zakopanego

Meldunki:

10 00 jesteśmy już przed Rabką

15 00 jesteśmy już w Rabce

20 00 jesteśmy już za Rabką
06 30 następnego dnia - jesteśmy już w domu(w Oławie)


Tu się trzeba

Lubomierz (tu kręcono film" Sami swoi" ,tu jest Festiwal Filmów Komediowych) w latach sześćdziesiątych ub. wieku.
Ksiądz proboszcz spotyka w sklepie pana Szewczyka (
który lubiał wypić i zrobił to przed chwilą) i wyrzuca mu:
- Panie Szewczyk, jak pan mógł od biednej wdowy wziąć za wykopanie grobu aż 500 zł (ksiądz
za pogrzeb też tyle zainkasował)?
- Proszę księdza dobrodzieja, to nie tak- kropidłem pomachać, tu się trzeba najebać.

TRĄBA

Dzień jak co dzień , kończę pracę o 15,00 w Piątek siódmego czerwca dwa tysiące drugiego roku, ale trochę się guzdrzę. W dali ciemna chmura, pioruny, rzęsisty deszcz. .Jadę autem, po drodze wstępuję na obiad.
Zjadam apetyczny obiad podany przez apetyczną kelnerkę, wyczekuję aż deszcz zelży, wskakuję szybko do samochodu, a już druga fala dzwoni gradem wielkości grochu. Dojeżdżam 50 metrów do skrzyżowania, a tu samochodem wiatr targa , ulewa w pełni. Jeszcze 100 m i jestem pod domem; przeczekuję burzę i jestem w ramionach wystraszonej małżonki, bardzo zaniepokojonej.
A to przecież tylko burza.
W sobotę jesteśmy w sklepie, a tam przychodzi starsza , zażywna kobitka i do znajomych sprzedawczyń mówi ,że jej auto porwało. Wtrącam natrętnie, że na złodziejstwo nie ma rady. "To pan radia nie słuchał, ani gazety nie czytał- jedno z tych trzech aut co wczoraj trąba powietrzna uniosła i rzuciła kilkadziesiąt metrów dalej było nasze bidne mitsubishi. Było to wczoraj o 16.10".
Aha , coś mi świta- podjechałem na miejsce , gdzie onegdaj, 2 minuty wcześniej, stało moje auto. Zgroza- jedno drzewo ogołocone z gałęzi, drugie wyrwane z korzeniami, połamane tablice reklamowe.
...........................................................................................................................................
Jest jednak opaczność, która auta peugeot 405GL ,o pojemności 1600 ccm  lubi i ochrania.

==============================

Czy to przypadek?

 

Że

26 maja to:

  1. dzień urodzin mojej żony Haliny

  2. dzień urodzin mojej córki Moniki

  3. dzień urodzin córki żony kuzynki

  4. dzień matki i urodzin Haliny, Moniki, córki Anity

Że

się 4 czerwca:

Że

w innej pracy mój przełożony urodziny obchodził ode mnie o 1 dzień wcześniej, a podwładny- o 1 dzień później

Że

zacząłem to pisać 26 maja rano, a skończyłem 4 czerwca po południu

........................................................................................................................

Ży

w mojij klasi szkoły pudstawowyj trzech batiarow si urodziłu,tak jak ja , w Starym Sioli na Ukraini

..................................................................

Że

jak poszedłem na wojskową komisję poborową, to orzekła ona:

- w wieku 18-tu lat- niezdolność do służby wojskowej z powodu wady płuc

- w wieku 20-tu lat- niezdolność do służby wojskowej z powodu wady serca

- w wieku 30-tu lat- niezdolność do służby wojskowej z powodu wady kręgosłupa
i nie przeszkodziło mi to w przebyciu szkolenia wojskowego, ćwiczeń rezerwistów i dosłużenia się stopnia porucznika

..........................................................................

Że

w wieku 30 lat miałem chroniczny katar, ból zatok, bóle kręgosłupa, dyskopatię, lumbago,kłucie w okolicy serca i przeszło to bez specjalnych zachodów.
Wszystko przechodzi z wiekiem?

.................................................................................................................

Że

moi rodzice urodzili się 19 czerwca, a różnica wieku małżonków wynosiła:
u nich – 3 lata

u mnie - 3 lata

u Moniki- 3 lata

u teściów- prawie 3 lata

u Doroty- prawie 3 lata

Że drugie połowy córek teściowej są starsi

-najstarszej  - o 3 lata

-średniej      - o 13 lat

-najmodniejszej- o 23 lata

..............................................

Że

jak wczoraj wiozłem 3 kartony kefirków (kupione o 30%) taniej, pojazd mi się wywalił i 3 kefirki się rozwaliły, to
jakby spod ziemi wyrosło 3 -ch kolesi z pocieszeniem od jednego z nich:”to nic, ja wczoraj niosłem 3 flachy wódy w reklamówce i wszystko mi się wypierdoliło na bruk w tym samym miejscu i teraz wyschnięci jesteśmy jak 3 wióry”

----------------------------------------------------------------------------

Że

jak zapytali mnie czy się napiję wina, czy wódki, opowiedziałem ”i piwa”

Że

jak powstawał zespół tańca ludowego na naszej uczelni i chciałem się zapisać, to instruktor po próbie powiedział: „pan to raczej do chóru”. A w chórze odwrotnie

Że

Józef Jerzy Pilarczyk)(poseł, minister i opolski działacz partyjny) :

-jest tak podobny do mnie, że na ulicy brano mnie za niego, a w Velkym Mederze(Słowacja) dwóch, zapewne rodaków, na mój widok szeptało: ”o, opolski dygnitarz, opolski dygnitarz”

-tak samo urodził się w I poł XX wieku, kończył wydział rolniczy, pracował dla PGR na Opolszczyźnie, należał do PZPR i był jej działaczem, ma dwoje dzieci i żonę nauczycielkę

--------------------------------------

Że odnalazłem stronę www.archivarius.republika.pl i wysłałem zapytanie (bo córka wchodzi w ten fach):

 

Na jakie choroby zawodowe narażony jest archiwista.

 

Pozdrawiam Władysław Baran

Potem zaglądam dokładniej na tę stronę, a tam:

 

Mam ukończony kurs pracowników kancelarynych( w tym kancelarii tajnych ) oraz

 archiwistów zakładowych II stopnia oraz kilka kursów doskonalących .

Włodek Baran

Że

Dorota z Robertem od mieszkali w Poznaniu 500 m od jeziora Malta, a my(rodzice) jak tam przyjechaliśmy, to pokazaliśmy im cudy niewidy tego jeziora.

---------------------------------------------------
 Że

4 czerwca 2004 w Prudniku dostałem mandat za nieprzepisowe parkowanie. A wlepił mi go posterunkowy Władysław Baran

..................................................................................................................................................

Że szwagier i szwagierka co roku latem jadą do rodziców i przejeżdżają rokrocznie w pobliżu, przez Opole.

Mają stałe zaproszenie, ale zazwyczaj śpieszą się do domu i nie korzystają z zaproszenia, chociaż czajnik nastawiony i jest pod parą

Ale do czasu aż znarowił się samochód fiat126p i za skrzyżowaniem, gdzie należało skręcić w naszym kierunku, wolał się zepsuć niż jechać dalej

Że

Dorocie i Robertowi zdarzyło się to 30 lat później w tym samym miejscu i z tego samego powodu

Że

dostałem po studiach nakaz pracy do Lubomierza i pierwszego dnia(30-11-1968) poznałem trzy siostry: najmłodszą w księgarni, średnią na ulicy, najstarszą w pierwszym tańcu na andrzejkach i znam ją do dziś, bo jest moją żoną

-------------------------------------------------------------

Że

teściowej powiedzieliśmy: Nie przyjeżdżamy w tym roku 10 sierpnia na Festiwal Filmów Komediowych w Lubomierzu(gdzie mieszka) - Ale przyjechaliśmy, bo zmarła, a pogrzeb 10 sierpnia -------------------------------------------------

--------------------------------------------------------------------------------------------

Że

jedziemy do Pragi w 2007 r , wczesną nocą do Ubytvani(zakwaterowanie) Na Hubalce i ponieważ zboczyliśmy z wyznaczonej trasy, po dłuższym błądzeniu przystanęliśmy na jakimś placu(namesti), pytamy(ptame) jakaś babcię o Hubalkę, a rok później jadąc z innej strony tradycyjnie błądzimy nocą , by zatrzymać się w pełnej niewiedzy na  tym samym placu i, pytając jak poprzednio, usłyszeć " sem vam lonskim roci už to mluvila"

Że będąc w praskim barze 'Na Hubalce” zmówiłem się ze Zdenkiem Knedlikem:

..........................................................................................

Że mój najstarszy brat i jego sąsiad rówieśnik

Że mój najstarszy brat i ja równocześnie, na tej samej uroczystej akademii na Studium Wojskowym WSR Wrocław,z okazji święta Ludowego Wojska Polskiego, zostaliśmy uroczyście awansowani. On na majora(oficer starszy), ja na starszego szeregowca

................................................................................................................

Że najmłodszemu potomkowi córka nadała imię Max

........................................................................................................

Że ja(prostata) i żona (nadciśnienie)bierzemy solidarnie ten sam lek (Cardura-lek na przerost prostaty)

--------------------------------------------------

Że jak byłem młody, to sąsiadka zapraszała mnie bym jadł wspólnie z Jasiem, bo mu się lepiej jadło,
a jak jestem starszy to zapraszają mnie, bo im się dopiero wtedy lepiej pije i śmieje

Że

atak dyskopatii dostaję po noszeniu ciężarów, skłonach i przeziębieniu. Przez tydzień, w pocie czoła, wnosiłem deski podłogowe na 4te piętro, układałem z nich podłogę, a atak dyskopatii dopadł mnie 2 tygodnie później przy podnoszeniu deski klozetowej

.....................................................

Że

- jak lekarka odkryła u mnie przepuklinę brzuszną, zadzwoniłem do szwagra doktora (chirurg) i zapytałem czy to groźne, to on:

- jak mnie zabolało w kolanie , to dr Wolny(ortopeda), obejrzeniu tego jego rtg:

- jak mi zaszumiało w uszach i przedstawiłem wyniki analizy krwi i moczu, to dr Dyk(laryngolog):
zgodnie, niezależnie od siebie, orzekli za każdym razem, trzykroć, iż będę żyć 100 lat


Opowieść z kluczem 1

Jest czwartek, jadę na targi do Poznania.
W przeddzień wieczorem nastawiam budzik, oprócz tego programuję telefon, by rano zgodnie zadzwonili. Ale i tak nie zdążyli, bo wyprzedziła ich Halina, razem ze śniadaniem i wałówą.
Zaopatrzony we wszystko wsiadam do auta marki peugeot , koloru grafitowego i jadę pod dworzec kolejowy, tam go stawiam, kupuję bilet, spotykam kolegę, oczekuję( opóźnienie), wsiadam do pociągu.
W pociągu przekładam klucze od samochodu z kieszeni do kieszeni, potem do teczki, ale teczkę mogę zapomnieć-więc nazad do kieszeni.
Podróż z przesiadką we Wrocławiu.
Tam godzina przerwy, gorąca herbatka w bistro, przy okazji rezydenci dworca proszą o 20 groszy na kubek, dalej jazda w ekspresie do Poznania w wagonie 7 miejsce 52. Wieszam płaszcz, za chwilę on spada, wrzucam go na półkę.
Po drodze wysyłam SMS do Doroty, że będę o 9 20 w Poznaniu. Za chwilę odesemesowuje ona , że już jedzie z Robertem i czekać będą pod tablicą ODJAZDY.
Po drodze w Pyrach pociąg czeka nie wiadomo na co, ale w końcu dojeżdża z  20 to minutowym opóźnieniem.
Dorota z Robertem czekaj, uściski, powitania i zapraszaj mnie do Mc Donalda. Cieszę się bo jeszcze właściwie w takim barze chyba nie byłem. Kawka,  herbatka,  oddaję Dorocie kopertę i jakiś suwenir, rozstajemy się , bo do mnie dzwonili już koledzy , że czekają na targach u Winkhausa. Dorota zaś śpieszy śpiewać.
Przekraczam bramę Targów i jeszcze sprawdzam czy mam wszystko. Jest beret, rękawiczki, teczka Sporty, zapałki, różaniec, ale nie ma kluczy od samochodu.
Co tu robić, gdzie mogły zaginać?
Hipotezy są następujące: wypały w wagonie, wypadły z barze, ktoś mi wyciągnął z kieszeni, bo są one w małej saszetce , podobnej do portmonetki.
Wracam z Targów, w barze szukam na podłodze, zgłaszam personelowi i zostawiam wizytówkę. Potem idę na dworzec i w biurze rzeczy znalezionych proszę by w Bydgoszczy (pociąg jedzie do Gdyni) ktoś wszedł do pociągu i sprawdził, czy tam nie leżą moje klucze. Obiecuje pani, której przerwałem śniadanko. Nazad na targi, po drodze jeszcze raz do Maca-nic nie ma. Nie daję za wygraną i dalej sprawdzam: Sporty, zapałki.....w teczce też nie ma , opukuję kieszenie- jakieś zgrubienie w górnej lewej kieszeni - gówno, to okulary.
Na targach nasi dostawcy są gościnni , więc czy może w takich okolicznościach ,tam i w drodze powrotnej, nie smakować gorzała? No powiedzcie sami czytelnicy? A pogoda jest  właśnie taka. Poza tym autem swoim przecież nie pojadę.
W przerwach myślę: czy zgłaszać na policję, do ubezpieczyciela, czy można dorobić klucze, czy trzeba wymienić zamki ,blokadę i alarm; czy bym się wytłumaczył, gdyby w międzyczasie mi ukradli auto? Co mnie tu czeka i ile to będzie kosztować?
Wracam do domu z miną niewyraźną, żona wyrozumiała, wierzy, ale na wszelki wypadek sprawdza teczkę i ciuchy. Z rezultatem podobnym.
Na drugi dzień dzwonię do BRZ w Poznaniu - przeszukali, nic nie znaleźli oprócz gazet i ogryzków.
Rano nie byłem w nastroju by wziąć telefon komórkowy, więc po powrocie do domu włączam go i dostaję komunikat z poczty głosowej, nadany przez pracownika Mc Donalda, w czasie gdy jeszcze byłem w Poznaniu, że klucze się odnalazły. Jest jeszcze uczciwość w narodzie. Dlaczego ta wiadomość nie dotarła od razu? Halina stwierdza: tak czułam , że się odnajdą.  A intuicję ma wysokiej klasy, kobiecą.
W domu euforia, strzelają korki od szampana, powszechne całowanie się.
Telefon do Doroty, by odebrała klucze i podziękowała, ale ona może dopiero w poniedziałek , bo wiele wiatr i trzeba chronić gardło.
Poniedziałek dopiero za trzy dni, trzeba od razu podziękować dobrodziejowi.
Jak tam zadzwonić, informacja telefoniczna podaje numer, ale nikt tam nie odpowiada, więc Halina pyta w opolskich Macach o numer właściwy, ktoś się nawet ofiaruje, ze tam do kolegów zatelefonuje.
Wyposażany w nowe telefony, męczę się z dobroczyńcą, wylewnie dziękuję. On relacjonuje, że przy sprzątaniu, znaleziono klucz od samochodu z kółkiem ,breloczkiem i napisami ford.
Z zapasowymi kluczami przepycham się przez zaspy śnieżne, pod dworcem szukam i szukam gdzież to cholerne auto, przecież go gdzieś tu postawiłem? A umysł wtedy miałem jasny.
W końcu odgrzebałem go spod czapy śniegu i wróciłem do domu na rezerwowych kluczach.
W dniu następnym dniu idę ulicami Opola i znowu czegoś szukam.
Sporty, zapałki.....w teczce też nie ma , opukuję kieszenie- jakieś zgrubienie w górnej lewej kieszeni -, to okulary ?,nie , okulary zostały w domu .
Tu odkrywam , że w płaszczu, nie chodzonym od dwóch lat, jest na zewnątrz jawna kieszeń, a w niej....

Opowieść z kluczem 2

Jest wiosna, majowy czwartek, jadę z Haliną na działkę popielić grządki

Rozpalam malucha, jedziemy na odległą działkę. Z auta jeszcze drepczemy 10 min do grządek. A tu niespodzianka- nie wziąłem klucza od altanki.

fizjologiczną mniejszą., zchodzę.
Rozpalam malucha, jedziemy na odległą działkę. Z auta jeszcze drepczemy 10 min do grządek. A tu niespodzianka- znowu nie wziąłem klucza od altanki.


Opowieść wakacyjna z elementami hommoru

Czerwiec 04 , wypad do Słowacji na tydzień, na przegonienie reumatyzmu  z kości ciepłymi wodami. Jedziemy przez Głubczyce, potem przez Czechy drogą 57. Tam jakaś akcja policyjna, bo patrole gęsto rozsiane przy drodze. Przyjaźnie im kiwamy. W czasie jazdy jest czas na myślenie. Na wysokości Valzskich Klobouków, w połowie drogi,  zaczynam się zastanawiaæ, że z dwóch terminów dotyczących auta (maj i listopad-ubezpieczenie, przegląd), to chyba na ten pierwszy przypada przegląd rejestracyjny, a to oznacza, że auto nie ma aktualnych badaņ diagnostycznych. Zatrzymuję się, sprawdzam. Potwierdza się prawo mówiące, że jeśli coś  może pójść niepomyślnie, to na pewno pójdzie
Przed oczami prawdopodobny czarny scenariusz: kontrola drogowa, kara, zatrzymanie, odholowanie samochodu do Polski, leczenie nerwów zamiast reumatyzmu.
Co tu robić?
Ale od czego jest moja żona i jej koronka Panny Pogodnej. Za chwilę niebo się zaciągnęło i zaczął lać deszcz. Droga stała się momentalnie bezpieczna i nie niepokojeni przez nikogo dojechaliśmy do granicy Czesko-Słowackiej. Pogranicznik Czeski życzył nam wypoczynku, a Słowacki przywitał nas „dobry dień, vozidlowe doklady prosim”. Co jest.  setki razy przekraczaliśmy granice i nikogo nie interesowały dokumenty samochodu? Potwierdza się prawo mówiące, że jeśli coś  może pójść niepomyślnie, to na pewno pójdzie. Drżącymi rękami szukam dokumentów Przed oczami już realny czarny scenariusz: kara, zatrzymanie…..
Ale od czego jest moja żona i jej czarujący uśmiech do funkcjonariusza straży granicznej. Ten się odwzajemnia uśmiechem, zapomina o dokumentach i życzy przyjemnego odpoczynku w Słowacji. Pogoda stabilna, droga dalej bezpieczna. Po drodze tankujemy przed Trencinem, zwiedzamy to zabytkowe miasto. Skołowany jestem nadal, ale w chwilowym przebłysku zastanawiam się co właściwie zatankowaliśmy, bo tam króluje jeszcze benzyna bezołowiowa w różnych postaciach. Jeśli silnik pracowicie konsumuje bezołowiową, zaraz będzie jego defekt, odholowanie……
Co tu robić? Jedziemy z powrotem na stację benzynową, tam dystrybutory rzędem Pb od91 do 95 i ostatni , gdzie tankowaliśmy -  Pb 95
Ech ta szczęśliwa ręka.
Dotarliśmy jednak do Velkeho Medera, nad pięknym modrym Dunajem. Tam do Gustava. U niego wszystko zajęte, a tu już zmierzcha.. "Nema problema"-mówi on ,telefonuje bez skutku do znajomych, potem bierze rower, jedzie szukać kwatery. My za nim samochodem. Za piątym razem- jest trafiony. Zostawiamy u babci Knedlikovej auto i szybko do baru podziękować piwem Gustavovi. Piwko, gadka szmatka, piwko, Gustav w końcu zostaje odwołany przez cholerę-żonę,. Niehonornie z baru przedostatnim wracać, ale kiedyś trzeba. Noc gwieździsta, wracamy. Dom podobny do domu, brama do bramy .Gdzie, do diabła, jest nasze lokum, gdzie babcia Knedlikova? Ludzie, gdzie my mieszkamy, ciśnie się na usta!!? Sposób poszukiwań i czy dotarliśmy tam przed świtem , niech będzie słodką tajemnicą piszącego.
Dalej odpoczynek, kąpiele, spacery, luz-bluz, a pogoda trzyma, zgodnie z zamówieniem.
Aż do ostatniego dnia, kiedy obudziło nas wesołe słoneczko. W telewizji wiadomość, że nocą w Bratysławie doszło do strzelaniny tamtejszej mafii z obcą, która ucieka w nieznanym kierunku. Przynajmniej wiemy, co się będzie dziać na drogach.
Pora wracać.
 Wracamy oczywiście polami, miedzami, zaułkami, bezdrożami, łęgami,  szuwarami, brodami, dzikimi ostępami, duktami, polanami, połoninami, przesiekami- ogólnie drogami ostatniej kategorii odśnieżania
Jak się nie trudno domyślić, podróż przebiegła bez przeszkód. Policja w Słowacji złapała w międzyczasie bandytów, policja w Czechach regulowała ruch z okazji międzynarodowych mistrzostw lekkoatletycznych w Ostrawie . I jednych, ani drugich nie zainteresowały takie drobne przestępce..


Mów mi

Rok 1972, Lubomierz(tu kręcono film "Sami Swoi"), wychodzi za mąż siostra żony, jest koniec wesela, nikt za kołnierz nie wylewał. Szwagier Edek ma łysinę, podobnie teść Władysław (ale przez wszystkich wołany: Witek). W pewnym momencie ten ostatni , w przypływie serdeczności, mówi:
- Ty łysy, ja łysy - mów mi Witek

Ja mam na imię Władysław, kolejny zięć miał na imię Witold.....


ALE KINO

W ramach akcji odchamiania i umacniania prawowitych poglądów firma funduje kino. Film "Quo vadis", najnowszy szlagier, pobłogosławiony przez JP II.

Seans ma być w czwartek. Zapraszam żonę do kina. Zaproszenie zostało przyjęte z zadowoleniem.

Bilety dostaję w czwartek, zerkam przelotnie na nie- seans o 18.00. Gut. W domu lekka drzemka i gwałtownie się budzimy się o 17.15 Na wszelki wypadek gorączkowo sprawdzam bilety, niestety seans był o 17.00. Ale film jest trzygodzinny więc jest szansa obejrzenia w 2/3 .

Szybka mobilizacja i o 17.36 jesteśmy w kinie KRAKÓW przy ul Katowickiej w Opolu. A tam spoko, film jeszcze się nie zaczął. Pytam porządkowego , co jest grane?Ten uprzejmie wyjaśnia, patrząc na nasze bilety:
- 17.00 to cena biletu
- 18.00 to jednak godzina seansu, ale w przyszły czwartek.
- i trzeba nosić mocniejsze okulary.
Teraz jest czwartek, dnia 18-tego, godz 17.00

Opole 2001

Zapamiętanie przez zapomnienie( w tournée po Chorwacji 21 09-20 10 2013)

Zapamiętamy


bo zapomnieliśmy

w

Split z Pałacem Dioklecjana z III w ne wpisane na listę UNESCO


fotoaparat rocznik 2006, który i tak ledwie dychał


na ławce promenady Obala Hrvatsgok Narodnog Pregoroda, obok pałacu


Dubrownik -średniowieczne stare miasto wpisane na listę UNESCO


okulary do czytania kupione w chińskim centrum w roku 2013


na Ploče iza Grada




Jezera Plitvicka: 80-100 wodospadów wpadających do 18-20 jezior( w zależności kto liczy i w jakim jest stanie)


sweterek ze sklepu Tani Armani


na siedzeniu wewnętrznej kolejki rano


plecak rocznik 2010 kupiony za 2,50 zł w Tesco


ponownie na tym siedzeniu wewnętrznej tej kolejki, wieczorem, po odnalezieniu się sweterka. Czy to ma coś wspólnego z datą 13-10-13?


Park Prevlavka w zatoce Kotorskiej przy granicy z Czarnogórą


majtki (ale dla odmiany znaleźliśmy piłeczkę do tenisa)


plaża i park narodowy


Trogir miasto z III w ne wpisane na listę UNESCO


załatwić się i musieliśmy nieść na wyspę Ciovo, gdzie mieszkaliśmy


Trogir boardwalk Bana Berislavica Obala


Zadar -miasto z IV w ne wpisane na listę UNESCO


coś, ale nie pamiętamy co to było


całe miasto

Rijeka- zatoka, morze


nic, ale dlatego pamiętamy

całe miasto

Rok później w dn 12-09 do 12-10 10 2014

Nic nie zapamiętamy na trasie Czechy, Słowacja, Węgry, Chorwacja, Czarnogóra, Albania

nic

na całej trasie


Klapa

W sierpniu'14, będąc na kąpielisku Malina, zauważyłem 2 jabłonki z pięknie dojrzewajacymi jabłuszkami. Postanowiłem się wybrać na nie przed wyjazdem do Czarnogóry i potem pokazać Czarnogórcom jak wyglądają nasze polskie jabłka. Żona odradzała, bo jak się okaże, ma intuicję. Zebrałem worek jabłek, ale przy cofaniu wgiąłem klapę bagażnika w Thalci. Zaoszczędziłem na jabłkach, ale straciłem na naprawie 50 razy więcej. Dlaczego nie słuchać żony? Po powrocie z Czarnogóry dałem auto do klepania. Po naprawie auto garażowane było na terenie zamkniętym, ale też w różnych nawet szemranych miejscach, a istotne jest to, bo bagażnik od tej pory nie zamykał się równocześnie z drzwiami. A trwało to pół roku, bo wtedy zauważyłem otwieranie bagażnika przez żonę przed moim otwarciem pilotem.

Przyczyna była prozaiczna- naderwany kabelek zamka i zerowa spostrzegawczość moja. Inną sprawą jest mała aktywność złodziejaszków.

I tu, i tu kompletna klapa.

Cyganienie

Przed Tesco we Wrocławiu zaczepia nas Cygan i chce sprzedać kamerę Sony . Mówi łamnym jakimś językiem, że jest z Bratislavy, brakło mu paliwa i musi sprzedać kamerę, którą od razu wrzuca na tylne siedzenie samochodu. Chce za nią 1200 zł, ale my nie wyrażamy zainteresowania kupnem, co go doppinguje do kolejnych obniżek. Przy okazji pytam czy był w termalu w nadunajskim Velkim Mederze, ale on nie bardzo wie. Stanęło w końcu na cenie 150 pln, ktore on zaikasował i szybko się zmył. Zadowoleni w domu wyciągamy soniczkę, a to atrapa. 150 zetów do tyłu.

Ale nadarzyła się okazja, by się odkuć na Cyganach, tym razem przed Tesco w Opolu. I to na perfumach światowych marek Armani, Dior, Versace, oryginalnie opakowane, nawet z cenami i to nie byle jakimi, bo odpowiednio 359, 419, 519 zł.

Do tego komentarz Cygana, że to podpie.dolone w Sephorze, co dodatkowo uwiarygodniło towar. Po dlugich targach towar poszedł za 150 zł, a my się cieszyliśmy z odkucia na Cyganach.

Przy szykowaniu perfum na prezenty trzeba było oderwać cenówki naklejone akuratnie na nazwy marek. I odsłoniły się marki. Arnani, Diar, Vercace. 150+150 zetów do tyłu.

W cyganieniu 2:0 dla Cyganów.


========================================

Zrobiłem kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej, roboty

Jeśli czytający uważa, że wszystko zrozumiał, to znaczy, że źle się wyraziłem.


Radynia: ściagają krew

studia: coś podpisałem, pospermione,